Blog > Komentarze do wpisu

Jak zgubiłam dowód rejestracyjny

Jedyny Mąż w szpitalu, umówiłam się ze Sławkami, że pojadę z nimi do Poznania i Go odwiedzę, bo wczoraj był w potwornym nastroju, jedno z badań nie wyszło dobrze, miał też rezonans z kontrastem i pokończyła mu się bielizna.

Rano zorientowałam się, że nie mogę znaleźć dowodu rejestracyjnego od mojego Żółtka, przerzuciłam na szybko wszystkie ewentualne miejsca ukrycia dokumentu, ale na nic. Przepadł. Dobrze, że jechaliśmy innym samochodem, temat dowodu jednak kotłował mi się pod czaszką.

Jaka  to sprawiedliwość?! Opony zmieniłam, dolałam płynu do chłodnicy i teraz zgubiłam dowód rejestracyjny?!

W szpitalu zapytałam delikatnie, czy Jedyny Mąż nie posiada w swoim portfelu tegoż dowodu. Nie posiadał.

W sumie to przegadaliśmy cały ten czas o głupstwach, rzeczy istotnych nie ruszaliśmy wcale. Mam naiwną nadzieję, że Lubo stanie się największą tajemnicą polskiej neurologii,  że znów nie będzie im się nic zgadzać...

Po przyjeździe z Poznania ( a miło na drodze nie było, ponieważ zima postanowiła przypomnieć o swoim istnieniu), przetrząsnęłam wszystkie miejsca jeszcze raz. Miałam też już scenariusz następnego dnia: pojadę do znienawidzonego wydziału komunikacji, wypełnię mnóstwo bezsensownych wniosków o wystawienie wtórnika, stanę w kolejce i może zdążę załatwić sobie jazdę samochodem. A później, jeśli szczęście się  do mnie uśmiechnie, dostanę jeszcze duplikat świstka od ubezpieczenia. Dobrze, że pamiętałam, gdzie położyłam swoją polisę ubezpieczeniową.

W głowie zakotłowało mi się jednak od podejrzliwych myśli. A jeśli ktoś grzebał mi w torebce i zrobił mi głupi kawał? Ta myśl wydała mi się niedorzeczna. A może dzieciaki zaglądały mi do samochodu, gdy go nie zamknęłam z obawy, że mróz uniemożliwi otwarcie drzwi? Najgorsze jednak było to, że zaczęłam podejrzewać siebie o najgorsze. A co, jeśli robię coś , a potem tego nie pamiętam, jakbym żyła w bytach równoległych?  Co jeszcze zrobię i nie będę o tym pamiętać? Czy to wszystko z powodu ostatniego stresu?

Kiedy Jedyny Mąż zadzwonił, nie wytrzymałam i rozpłakałam się jak dziecko. Opowiedziałam mu o tych swoich obawach. Stwierdził, że jestem chyba nienormalna, to on jest chory, a nie ja i podał jeszcze kilka miejsc, które przecież przejrzałam, ale co tam , mogę jeszcze raz. Wśród łez i śmiechu doszliśmy nawet do tak absurdalnego pomysłu, że może schowek ma jakiś dodatkowy schowek, szczelinę, dziurę, nie wiem co jeszcze. JM kazał mi się uspokoić, wypić jakiegoś drinka na rozluźnienie i utwierdził mnie w przekonaniu, że to tylko rzecz, którą można przecież wyrobić ponownie...

Zrezygnowana kompletnie, zasmarkana (Dziedzice popatrzeli na mnie podejrzanie, aż Witek spytał wprost, czy z Tatą wszystko w porządku). Poszłam zamknąć samochód, żeby ewentualni porywacze mojego dowodu rejestracyjnego nie przyszli i nie ukradli autka w nocy.

Dla pewności jeszcze raz sprawdziłam wszystkie półki i kieszonki, zajrzałam do schowka, ale raczej bez przekonania.

Nagle okazało się, że za  ścianką schowka, jest jeszcze jakaś wolna przestrzeń,a  w niej na samym dole, leżał pomięty, ale cały; lodowaty i sztywny, najcudowniejszy DOWÓD REJESTRACYJNY i dowód na to, że nie schodzę do krainy demencji.

Ot, po prostu diabeł ogonem nakrył i to takim całkiem szerokim.

A teraz naprawdę wypiję drinka , za zdrowie Jedynego Męża też.

 

 

środa, 06 stycznia 2016, psorka73

Polecane wpisy

Darmowy licznik odwiedzin