Kategorie: Wszystkie | ogród nasz powszedni | życie rodzinne
RSS
czwartek, 05 października 2017

Jak wszyscy, to wszyscy!!

Internet kłuje w oczyska tysiącami zdjęć tegorocznych łupów grzybiarzy. Nas jakoś tak do tej pory to nie ruszało, bo generalnie nie przepadamy za grzybami. Nawet na Wigilii u rodziców podaje się dodatkową zupę dla naszego "odłamu". Chociaż ostatnie lata wskazują, że męska część rodziny  dokonuje wigilijnej zdrady grzybowej  i wcina zupkę mojej Mamusi, ale przecież swojej Teściowej.

Dlatego bardzo się zdziwiłam, gdy Jedyny Mąż zaproponował pewnego popołudnia wypad do lasu. W sumie, czemu  nie?? W pracy było stresująco, on też wrócił jakiś taki poddenerwowany. Wizyta w lesie powinna dobrze nam zrobić. Chociażby dla spacerku.

O siedemnastej byliśmy w lesie. Cudo!! Pięknie, pachnąco, słońce przeświecające już nisko między  konarami drzew i, co najważniejsze, ani jednego komara. Za to grzybów na potęgę. Po jakimś czasie zaczęłam piszczeć z uciechy jak małe dziecko. Do zmroku zebraliśmy koszyczek od truskawek. Super!! Wypoczęliśmy, nagadaliśmy się, żaden telewizor czy laptop nam nie przeszkadzał.

Fakt, że trzeba to było potem obrać, nanizać na nitki i suszyć. Grzybowy smród/aromat rozszedł się po całym domu.

Jedyny oszalał. Następnym razem przyjechał wcześniej z pracy i  znowu w las. Urządziliśmy konkurs. Kto zbierze mniej grzybów, stawia dobre piwko. Efekt był taki, że mieliśmy teraz już dwa koszyczki truskawkowe grzybów. Niestety różne, więc w domu odbyło się ważenie grzybów, tarowanie koszyków, itd. Wygrałam. Zadecydowały 4 gramy.

Fakt, że potem to wszystko trzeba było obrać, nanizać na nitki, o zapachu nie wspomnę.

O naszych sukcesach dowiedział się sąsiad. Więc Jedyny zaczął z nim jeździć w "specjalne miejsca". Gdy zobaczyłam stół po takim wypadzie, to chciało mi się trochę płakać, ale w sumie ślicznie wyglądały i były takie zdrowe. Podejrzane egzemplarze prawdopodobnych "szatanów" sprawdzałam organoleptycznie. Skoro do tej pory nie umarłam, to znaczy, że dobre.

Wyszły z tego nitki i marynowane, bo jednemu z Dziedziców przypomniało się, że on kiedyś u Babci jadł takie i nawet mu smakowały. Odszczepieniec.

W niedzielę, pod moją nieobecność Jedyny Mąż dokonał zdrady i wsypał zmielone na proszek grzybki do sosu. Wyszło pysznie.

Wczoraj też gotowałam grzybki w occie, ale to już chyba ostatnie, kończą się.

Szkoda.

A my podobno nie lubimy grzybów. Poza pieczarkami. O właśnie. W przyszłym tygodniu kupię pieczarki i zrobię marynowane. Dla równowagi dla tych z lasu. Też będę miała swoje  grzybki, a co.

Tak sprawdza się powiedzenie mojej Mamy: "lubi robota Głupiego"

piątek, 01 września 2017

Męska część rodziny postanowiła, tylko nie wiem kiedy, nie wtrącać się do spraw związanych z moim samochodzikiem. Ostatnio jednak dotarło do  mnie, że zbliża się termin przeglądu samochodu, a mój ukochany Żółtek warczy jak sportowy samochód na jakimś torze wyścigowym. Tłumik jak nic.

Z bijącym sercem pojechałam na przegląd. Facet chodził nad samochodem i chodził, potem stwierdził, że ta dziura pod spodem w układzie wydechowym to chyba nie zrobiła się dwa dni wcześniej , jak sugerowałam. Spąsowiałam, ale twardo wytrzymałam słuszny zarzut kłamstwa. Podbił mi przegląd, zastrzegając, że mam natychmiast pojechać do mechanika i to zrobić, bo jak złapią mnie odpowiednie służby, to odbiorą mi dowód rejestracyjny, dostanę pewnie jeszcze jakiś mandat, że o dalszych problemach nie wspomnę.

Podziałało, oj jak podziałało. Od tego momentu  wiedziałam, że już wszędzie czeka na mnie jakiś patrol, jakby mnie nie było z daleka słychać... Poza tym wyszło mi na to, że muszę dokonać naprawy natychmiast, bo nie chcę się męczyć potem z wydziałem komunikacji (bo, że odbiorą mi dowód rejestracyjny w ciągu  najbliższych dni lub godzin, było dla mnie oczywiste).

To była środa. Mechanik stwierdził, że mogę przyprowadzić samochód, ale dopiero we wtorek, bo teraz jest trochę zajęty. To dla mnie było zdecydowanie za późno. Już szukają mojego Żółtka!! Umówiłam się jednak na WIZYTĘ (jak do lekarza) i zaczęłam myśleć nad innymi drogami, bo samochód był mi potrzebny na cały weekend.

Dziedzice znaleźli mi znajomego mechanika, ale ten nie miał akurat aparatury do spawania tłumika. Poradził mi jednak - złoty Chłopak - żebym pojechała do miasta i poradził specjalistów od tłumików. Wskoczyłam w czwartek rano w samochód i najciszej jak się dało, bocznymi drogami, dotarłam do mechanika.

Pan był bardzo konkretny, stwierdził, że musi obejrzeć wydech. Dobrze, że sam sobie wjechał Żółtkiem na kanał. Mnie zawsze się wydaje, że wpadnę do środka którąś ze stron. Niestety, orzekł, że ze spawania nici, gdyż niektóre części są już porządnie skorodowane, poza tym były już na tym próby spawania (poprzedni właściciel?) i to trzeba by wymienić.

- A ile taka przyjemność? - spytałam zdesperowana

- 360 z robocizną

Odetchnęłam z ulgą, bo mniej więcej tyle pożyczyłam od Dziedziców (koniec miesiąca, cudów nie ma, żebym śmierdziała kasą). Pozostała jeszcze kwestia terminu. Z tyłu głowy miałam  wtorkowy termin umówiony u lokalnego mechanika i najbliższy weekend wymagający jazdy

- A kiedy mógłby Pan to zrobić ? - spytałam przymilnie

- No w tej chwili to nie mam czasu - odpowiedział, a ja już umarłam z trwogi - ale tak za godzinkę może Pani wrócić po samochód...

"Chryste, Człowieku z nieba mi spadłeś!! Kocham Cię!! Wrócę z miasta bez strachu o patrol policji. Rany!!"  Prawie bym faceta  wycałowała, ale się w porę  wyhamowałam, bo co uchodzi dwudziestolatce to już niekoniecznie kobiecie w odpowiednim wieku (szlachetny rocznik wszak ci to)

Przez  godzinkę pokręciłam się po świecie, myśląc mściwie, że jak mi teraz któryś z domowych facetów powie, że nie mają wyprasowanej koszuli albo sparowanych skarpetek, to tak jak ja usłyszałam "no musisz sobie jechać do mechanika i pospawać ten wydech", też im powiem: "no musisz sobie Kochanieńki pójść pod pralkę i wyprać tę koszulę"

Ale w końcu - dałam radę, no nie?

Wreszcie dokopałam się do swojego hasła na blogu. Trochę to trwało, więc postanowiłam sobie stanowczo i nieodwołalnie, że będę pisać częściej niż raz na jakieś... półtora roku? Już tak mam: albo nie robię nic, albo wszystko idzie hurtemDSC_0564 Na pożegnanie z latem mam takiego ślicznego wilca z naszego ogrodu. Już mieliśmy wrażenie, że wyhodowaliśmy samo zielone zielsko, aż któregoś dnia pojawiły się sporych rozmiarów kwiaty. Dość przewrotne: niebieskie, kwitną  tylko w pochmurne dni i to tylko przez kilka godzin. Szkoda. Są niczym mieszkanie dla Calineczki

wtorek, 19 stycznia 2016

Zima mogłaby już się skończyć. Póki co serwuje nam niezłe widoki (dobrze, jeśli może być podziwiana zza okna w cieplutkim domku, a nie np. na przystanku autobusowym gdy człowiek czeka jakieś 40 minut i nogi odmawiają posłuszeństwa).

Tak,  śnieżne krajobrazy to jedyne, co ewentualnie może podobać się zimą, nawet  tak mglisty  poranek jak dziś:

 

Krajobraz zimowy

Brama do prywatnej krainy zimy

 

Krajobraz zimowy

 

Krajobraz zimowy

 

Krajobraz zimowy

 

Krajobraz zimowy

 

Krajobraz zimowy

 

Krajobraz zimowy

 

 

Krajobraz zimowy

 

 

 

Krajobraz zimowy

 

 

Krajobraz  zimowy

 

 

Krajobraz zimowy

środa, 06 stycznia 2016

Jedyny Mąż w szpitalu, umówiłam się ze Sławkami, że pojadę z nimi do Poznania i Go odwiedzę, bo wczoraj był w potwornym nastroju, jedno z badań nie wyszło dobrze, miał też rezonans z kontrastem i pokończyła mu się bielizna.

Rano zorientowałam się, że nie mogę znaleźć dowodu rejestracyjnego od mojego Żółtka, przerzuciłam na szybko wszystkie ewentualne miejsca ukrycia dokumentu, ale na nic. Przepadł. Dobrze, że jechaliśmy innym samochodem, temat dowodu jednak kotłował mi się pod czaszką.

Jaka  to sprawiedliwość?! Opony zmieniłam, dolałam płynu do chłodnicy i teraz zgubiłam dowód rejestracyjny?!

W szpitalu zapytałam delikatnie, czy Jedyny Mąż nie posiada w swoim portfelu tegoż dowodu. Nie posiadał.

W sumie to przegadaliśmy cały ten czas o głupstwach, rzeczy istotnych nie ruszaliśmy wcale. Mam naiwną nadzieję, że Lubo stanie się największą tajemnicą polskiej neurologii,  że znów nie będzie im się nic zgadzać...

Po przyjeździe z Poznania ( a miło na drodze nie było, ponieważ zima postanowiła przypomnieć o swoim istnieniu), przetrząsnęłam wszystkie miejsca jeszcze raz. Miałam też już scenariusz następnego dnia: pojadę do znienawidzonego wydziału komunikacji, wypełnię mnóstwo bezsensownych wniosków o wystawienie wtórnika, stanę w kolejce i może zdążę załatwić sobie jazdę samochodem. A później, jeśli szczęście się  do mnie uśmiechnie, dostanę jeszcze duplikat świstka od ubezpieczenia. Dobrze, że pamiętałam, gdzie położyłam swoją polisę ubezpieczeniową.

W głowie zakotłowało mi się jednak od podejrzliwych myśli. A jeśli ktoś grzebał mi w torebce i zrobił mi głupi kawał? Ta myśl wydała mi się niedorzeczna. A może dzieciaki zaglądały mi do samochodu, gdy go nie zamknęłam z obawy, że mróz uniemożliwi otwarcie drzwi? Najgorsze jednak było to, że zaczęłam podejrzewać siebie o najgorsze. A co, jeśli robię coś , a potem tego nie pamiętam, jakbym żyła w bytach równoległych?  Co jeszcze zrobię i nie będę o tym pamiętać? Czy to wszystko z powodu ostatniego stresu?

Kiedy Jedyny Mąż zadzwonił, nie wytrzymałam i rozpłakałam się jak dziecko. Opowiedziałam mu o tych swoich obawach. Stwierdził, że jestem chyba nienormalna, to on jest chory, a nie ja i podał jeszcze kilka miejsc, które przecież przejrzałam, ale co tam , mogę jeszcze raz. Wśród łez i śmiechu doszliśmy nawet do tak absurdalnego pomysłu, że może schowek ma jakiś dodatkowy schowek, szczelinę, dziurę, nie wiem co jeszcze. JM kazał mi się uspokoić, wypić jakiegoś drinka na rozluźnienie i utwierdził mnie w przekonaniu, że to tylko rzecz, którą można przecież wyrobić ponownie...

Zrezygnowana kompletnie, zasmarkana (Dziedzice popatrzeli na mnie podejrzanie, aż Witek spytał wprost, czy z Tatą wszystko w porządku). Poszłam zamknąć samochód, żeby ewentualni porywacze mojego dowodu rejestracyjnego nie przyszli i nie ukradli autka w nocy.

Dla pewności jeszcze raz sprawdziłam wszystkie półki i kieszonki, zajrzałam do schowka, ale raczej bez przekonania.

Nagle okazało się, że za  ścianką schowka, jest jeszcze jakaś wolna przestrzeń,a  w niej na samym dole, leżał pomięty, ale cały; lodowaty i sztywny, najcudowniejszy DOWÓD REJESTRACYJNY i dowód na to, że nie schodzę do krainy demencji.

Ot, po prostu diabeł ogonem nakrył i to takim całkiem szerokim.

A teraz naprawdę wypiję drinka , za zdrowie Jedynego Męża też.

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Darmowy licznik odwiedzin