Kategorie: Wszystkie | ogród nasz powszedni | życie rodzinne
RSS
wtorek, 19 stycznia 2016

Zima mogłaby już się skończyć. Póki co serwuje nam niezłe widoki (dobrze, jeśli może być podziwiana zza okna w cieplutkim domku, a nie np. na przystanku autobusowym gdy człowiek czeka jakieś 40 minut i nogi odmawiają posłuszeństwa).

Tak,  śnieżne krajobrazy to jedyne, co ewentualnie może podobać się zimą, nawet  tak mglisty  poranek jak dziś:

 

Krajobraz zimowy

Brama do prywatnej krainy zimy

 

Krajobraz zimowy

 

Krajobraz zimowy

 

Krajobraz zimowy

 

Krajobraz zimowy

 

Krajobraz zimowy

 

Krajobraz zimowy

 

 

Krajobraz zimowy

 

 

 

Krajobraz zimowy

 

 

Krajobraz  zimowy

 

 

Krajobraz zimowy

środa, 06 stycznia 2016

Jedyny Mąż w szpitalu, umówiłam się ze Sławkami, że pojadę z nimi do Poznania i Go odwiedzę, bo wczoraj był w potwornym nastroju, jedno z badań nie wyszło dobrze, miał też rezonans z kontrastem i pokończyła mu się bielizna.

Rano zorientowałam się, że nie mogę znaleźć dowodu rejestracyjnego od mojego Żółtka, przerzuciłam na szybko wszystkie ewentualne miejsca ukrycia dokumentu, ale na nic. Przepadł. Dobrze, że jechaliśmy innym samochodem, temat dowodu jednak kotłował mi się pod czaszką.

Jaka  to sprawiedliwość?! Opony zmieniłam, dolałam płynu do chłodnicy i teraz zgubiłam dowód rejestracyjny?!

W szpitalu zapytałam delikatnie, czy Jedyny Mąż nie posiada w swoim portfelu tegoż dowodu. Nie posiadał.

W sumie to przegadaliśmy cały ten czas o głupstwach, rzeczy istotnych nie ruszaliśmy wcale. Mam naiwną nadzieję, że Lubo stanie się największą tajemnicą polskiej neurologii,  że znów nie będzie im się nic zgadzać...

Po przyjeździe z Poznania ( a miło na drodze nie było, ponieważ zima postanowiła przypomnieć o swoim istnieniu), przetrząsnęłam wszystkie miejsca jeszcze raz. Miałam też już scenariusz następnego dnia: pojadę do znienawidzonego wydziału komunikacji, wypełnię mnóstwo bezsensownych wniosków o wystawienie wtórnika, stanę w kolejce i może zdążę załatwić sobie jazdę samochodem. A później, jeśli szczęście się  do mnie uśmiechnie, dostanę jeszcze duplikat świstka od ubezpieczenia. Dobrze, że pamiętałam, gdzie położyłam swoją polisę ubezpieczeniową.

W głowie zakotłowało mi się jednak od podejrzliwych myśli. A jeśli ktoś grzebał mi w torebce i zrobił mi głupi kawał? Ta myśl wydała mi się niedorzeczna. A może dzieciaki zaglądały mi do samochodu, gdy go nie zamknęłam z obawy, że mróz uniemożliwi otwarcie drzwi? Najgorsze jednak było to, że zaczęłam podejrzewać siebie o najgorsze. A co, jeśli robię coś , a potem tego nie pamiętam, jakbym żyła w bytach równoległych?  Co jeszcze zrobię i nie będę o tym pamiętać? Czy to wszystko z powodu ostatniego stresu?

Kiedy Jedyny Mąż zadzwonił, nie wytrzymałam i rozpłakałam się jak dziecko. Opowiedziałam mu o tych swoich obawach. Stwierdził, że jestem chyba nienormalna, to on jest chory, a nie ja i podał jeszcze kilka miejsc, które przecież przejrzałam, ale co tam , mogę jeszcze raz. Wśród łez i śmiechu doszliśmy nawet do tak absurdalnego pomysłu, że może schowek ma jakiś dodatkowy schowek, szczelinę, dziurę, nie wiem co jeszcze. JM kazał mi się uspokoić, wypić jakiegoś drinka na rozluźnienie i utwierdził mnie w przekonaniu, że to tylko rzecz, którą można przecież wyrobić ponownie...

Zrezygnowana kompletnie, zasmarkana (Dziedzice popatrzeli na mnie podejrzanie, aż Witek spytał wprost, czy z Tatą wszystko w porządku). Poszłam zamknąć samochód, żeby ewentualni porywacze mojego dowodu rejestracyjnego nie przyszli i nie ukradli autka w nocy.

Dla pewności jeszcze raz sprawdziłam wszystkie półki i kieszonki, zajrzałam do schowka, ale raczej bez przekonania.

Nagle okazało się, że za  ścianką schowka, jest jeszcze jakaś wolna przestrzeń,a  w niej na samym dole, leżał pomięty, ale cały; lodowaty i sztywny, najcudowniejszy DOWÓD REJESTRACYJNY i dowód na to, że nie schodzę do krainy demencji.

Ot, po prostu diabeł ogonem nakrył i to takim całkiem szerokim.

A teraz naprawdę wypiję drinka , za zdrowie Jedynego Męża też.

 

 

sobota, 02 stycznia 2016

Jedyny Mąż  w szpitalu,  jedenaście stopni mrozu na zewnątrz, ale wieje tak , że mam wrażenie, iż jest znacznie zimniej, a kontrolka na pulpicie mojego samochodu pokazała czerwoną ikonę silnika... Pięknie. I do tego wszystkiego dowiedziałam się, że mamy wizytę księdza dobrodzieja - praktycznie nie wiadomo kiedy, oprócz tego, że dziś.

Przez telefon z Poznania zostałam poinstruowana i wiedziałam  wszystko. Poszłam na nogach po koncentrat płynu do chłodnicy, żeby nic nie stało się z samochodem. Wróciłam, zapaliłam go na chwilę i poszłam się zastanawiać, który korek odkręcić. Całe szczęście, że dziedzice pomogli. Miałam zapalić samochód i dać mu trochę pochodzić, żeby płyn rozszedł się po układzie. Okazało się jednak, że nie mogę zapalić nic, zaczął padać akumulator, nawet zresetowała się godzina na kokpicie. Pięknie!

Telefon do JM. Okazało się, że muszę podładować akumulator, bo rozładowalam go tym chwilowym zapaleniem, powinien trochę sobie popracować, a ja szczęśliwa od razu go wyłączyłam. Matko, w życiu nie miałam styczności z akumulatorem. Dobrze, że jak człowiek mieszka na wsi, to powinien mieć w domu prostownik do ładowania takich rzeczy. Mieliśmy. Od dzisiaj wiem, że plus jest zawsze czerwony i kabelek w prostowniku i te śruby w akumulatorze, a minus czarny. Podłączyliśmy z chłopakami wszystko na godzinę, potem zgodnie z instrukcją telefoniczną odłączyłam najpierw sieć, potem minus, na końcu plus.

Wszystko odpaliłam!! Hurra , jestem wielka!! Samochód pochodził trochę, czerwony silniczek już się nie pojawił,  później przegoniłam swoje pędzidełko trochę po terenie, powymiatałam z silnika pajęczyny, jak mawia JM. Czułam się prawie tak, jakbym miała w kieszeni niemal patent mechanika. No tak, ale jak się do wszystkiego w samochodzie woła męża to tak jest...

Przez cały czas było mi na zmianę i lodowato i gorąco.

Ale dałam radę.

A dobrodziej przyszedł pół do dziewiątej wieczorem i wizytę załatwił błyskawicznie

piątek, 01 stycznia 2016

29 grudnia to nie jest idealny termin do czegokolwiek. A już na pewno nie do planowanego przyjęcia do szpitala. Ale tak się stało, taki termin wyznaczył szpital, czekaliśmy na to pół roku.

Na początku Jedyny Mąż chciał jechać sam w myśl "po co pojedziesz". Nieśmiało zaproponowałam, że mam wolne, że bez problemu wrócę sobie autobusem, w końcu Poznań nie jest na końcu świata.

Całą drogę gadaliśmy o głupotach, czyichś dzieciach, psach, kotach, głupcach z polityki, pracy  i temu podobnych bzdurach. Na pierwszym rondzie  w mieście tematy się skończyły tragicznie nagle i pozostało to paskudne napięcie  nieuniknionego.

Pozostało jeszcze znaleźć parking strzeżony ("przecież zostanę tam góra dwa dni") i przeniesienie torby z bagażem do pobliskiego szpitala ("czegoś ty tam naładowała?").

Za wejściem E czekała nas miła niespodzianka: spodziewaliśmy się kilometrowej kolejki i kilku godzin oczekiwania na przyjęcie, tymczasem JM został przyjęty od razu; przeszliśmy na oddział.

W maluteńkim pokoju trzy łóżka, jedno należące do JM. Musieliśmy nieco poczekać , bo akurat pani salowa zaatakowała podłogę na sali. Posiedzieliśmy, porozmawialiśmy, siostry zrobiły wywiad z JM, któremu puls urósł do 137.

Potem pojawiła się miła i niezwykle młoda lekarka, rezydentka, zaangażowana. Po wstępnych oględzinach i wywiadzie zabrała JM całą dokumentację, którą przywieźliśmy, bo jak tu leczyć, skoro pacjent co chwilę mówi, że tutaj odruchy nie będą normalne, bo miałem operację kręgosłupa, a tutaj też nie będzie normalnie , bo przeszedłem rekonstrukcję więzadła krzyżowego. Zabrała to wszystko  do przestudiowania, a potem jeszcze cztery razy zaglądała , by zapytać o to i o tamto , łącznie z dzieciństwem.

Pomyślałam sobie, że to dobrze, że przy całym wystroju szpitala w stylu późny Gomułka wczesny Gierek, może w kadrze i sprzęcie medycznym jest siła, że Młoda Lekarka to istota może niedoświadczona, ale za to zaangażowana, że może JM stanie się drogą do jej  szczęśliwej specjalizacji.

Następnego dnia wzięli się ostro do pracy. Zabrali JM mnóstwo krwi do analizy,  dwa razy zrobiono EKG, rentgen klatki piersiowej, badanie reakcji mózgu na ostre światło i dźwięk, badanie dna oka. To ostatnie wyszło pozytywnie, lekarka od razu powiedziała, że nie widzi zmian charakterystycznych dla SM.

 Wieczorem Lubo zadzwonił i ze smutkiem stwierdził, że nie wyjdzie w  starym roku, bo musi mieć pobranie płynu mózgowo-rdzeniowego, a po tym musi poleżeć co najmniej dobę w szpitalu, poza tym nie spłyną jeszcze analizy poszczególnych badań.

Czułam, że tak będzie. Trudno. Sylwestra spędzimy osobno.

W sylwestra punkcja. Bogu dzięki udana. To chyba najgorsze badanie. Bałam się potwornie. Pozostał jeszcze rezonans z kontrastem. Po drodze stanął jeszcze Nowy Rok, sobota i niedziela. Trzy dni w plecy. Bez sensu. Przy okazji okazało się, że znaleźli przeciwciała toksoplazmozy. Jakie to ma znaczenie dla stanu JM? Nie wiem, ale może oddalamy się  od SM? Oby.

O północy fantastyczne fajerwerki i wyjątkowo w tym roku nie nasze. I szampan dobry, ale tylko trzy kieliszki. Zrobiło mi się  strasznie. Bez Niego nie potrafię funkcjonować.

Ten rok jest szczególny: Dziedzice osiągną dorosłość, a nasze małżeństwo  20 lat

I jakie to będzie?

Bo na razie  szampan nie smakował tak samo jak zawsze, nie smakował wcale ...

czwartek, 31 grudnia 2015

Czego życzyć innym na cały Nowy Rok? Jak oddać sedno tego, czego pragnę dla moich bliskich, dla moich przyjaciół?

Otóż wiem: sobie i innym życzę wielu OTOCZEK.

Otoczka to coś , co chroni delikatny środek, zapewnia  mu  odpowiedni rozwój, pozwala ukazać się światu nie za wcześnie i nie za późno.

Otoczka może być różna: silne i troskliwe ramiona bliskiej osoby, która kiedy trzeba zasłoni cię przed światem i powie za ciebie "dosyć tego!"; otoczką jest istnienie dziedziców, dzięki którym wiesz, że twoje życie ma absolutny sens i warto było kiedyś tam wyrzec się tego czy owego; otoczką jest dom, do którego chce ci się wracać nawet od rodziców, bo w nim znajdziesz absolutny spokój i skrytki na wszelkie życiowe tajemnice; tam też otoczysz się ulubionym kubkiem z kawą, która nigdzie nie smakuje tak dobrze, otulisz się kocem; otoczką są ulubione powieści, wiersze, filmy, muzyka, ot po prostu rzeczy i sprzęty, może już trochę znoszone i przyniszczone, ale za to cudownie twoje...

Otoczką są twoi przyjaciele, ludzie zawracający cię  z błędnej drogi, pomagający wtedy, gdy zawiodą inne otoczki...

I tak można by bez końca. Kim bylibyśmy bez swoich otoczek? Jak marnie wyglądałby nasz środek i czy w ogóle przetrwałby w tym podłym świecie? Wątpię.

Życie składa się z  samych warstw ochronnych. Dzięki nim możemy przetrwać, bo zawsze pozostanie nam coś, na czym możemy się zaczepić, uchwycić istnienia, nadać mu sens i zacząć od nowa.

Dlatego życzę wszystkim jak najwięcej otoczek, po to by środek mógł rozwijać się bez przeszkód, by nasze życie było skomplikowane - w zaliczaniu prostych zadań nie ma przecież nic podniecającego

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Darmowy licznik odwiedzin