Kategorie: Wszystkie | ogród nasz powszedni | życie rodzinne
RSS
środa, 28 grudnia 2011

W czwartek Beata przyniosła prosto z pracy Światełko Betlejemskie, które dostała dzień wcześniej na specjalnym spotkaniu. Wspaniała idea przyniesienia światła z historycznego miejsca, w którym na świat przyszło prawdziwe Światło napełniło ją i jej dorastającą córkę pełnią świąt Bożego Narodzenia. To piękna tradycja i z roku na rok ma coraz więcej zwolenników. Dziewczyny położyły się spać, zostawiając zapaloną lampkę na stole w kuchni.

Nieco później z pracy wrócił mąż i ojciec rzeczonych. Wchodząc do kuchni, zobaczył na stole palący się znicz. Nie najlepiej pomyślał o swojej żonie, przyszło mu na myśl, że nieroztropna i ... psst... zgasił Światełko Betlejemskie jednym dotknięciem paluchów.

Rankiem, zamiast  radosnego nastroju i krzątaniny- wojna. Mąż i ojciec, a i winowajca w jednej osobie pomyślał, że idąc do pracy ma poniekąd szczęście, ponieważ w domu zapowiadał się dzień latających sztyletów. Rzucił jeszcze tylko "czy ty sądzisz, że tym harcerzom to ani razu ta świeczka nie zgasła?" i wyszedł...

Do świąt wszystko się ułożyło.

Uwielbiam światło pod każdą postacią - byle nie w pożarze. Piękne są świece kolejno zapalane w wieńcu adwentowym, chociaż to ani u moich rodziców, ani w moim domu jakoś się nie przyjęło. Wyobrażam sobie, jak wspaniale musi wyglądać taniec skandynawskich dziewic ze świeczkami na głowie w dzień świętej Łucji (św. Łucja dnia przyrzuca), zawsze uwielbiałam wieczorne ogniska u nas w ogrodzie, czy wcześniej te harcerskie i studenckie ze śpiewami i szaleństwem...

Ale nigdy, przenigdy nie zapalę sama świecy na wigilijnym stole. Zrobiłam to tylko raz, wiele lat temu, a potem zaraz zmarła moja ukochana teściowa, która była mi jak matka. Nie rozumiem, dlaczego Jej odejście kojarzy mi się z zapaloną świecą w Wigilię, ale tak jest i koniec. Nie pomogły tłumaczenia samej sobie, że świeca niesie światłość, czyli Dobro...

Świece zapalają inni. I jest dobrze.

 

 


środa, 21 grudnia 2011

Że też mnie podkusiło! Do wczoraj moja gazetka ścienna w pracy miała charakter jesienno-złocisty, piękny jak malowanie. Stwierdziłam, że można byłoby zmienić coś, bo tak już troszkę te zółte liście dawno poszły w niepamięć, z radiowęzła płyną kolędy i wszyscy zrobili się jacyś tacy świąteczni, więc machnęłam szybko krajobraz zimowy (zachwycający) oraz tekst  Norwida o opłatku, który zna już cała społeczność internetowa. Wieczorem panika. Cztery stopnie mrozu - będzie ślisko. Jak pojadę do pracy na letnich oponach?Kierowca ze mnie sezonowy (chodzi głownie o sezon niezimowy) i co teraz? 

 Rano podjęłam męską decyzję - jadę - i dojechałam, bo naprawdę nie było źle, ale potem jak się rozpadało!! Chyba ściągnę tę gazetkę. Było już tak ładnie...chociaż wiem, że im cieplej u nas o tej porze, tym gorzej dla świata...

 

Tagi: zima
17:08, psorka73
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 grudnia 2011

W czerwcu Witek dostał nagle ataku kataro-kaszlu, więc najpierw obeształam go, ze najadł się lodów jak pomylony, przeziębił i proszę, oto są skutki nieodpowiedzialnego zachowania. ale młody kichał jak zwariowany w pokoju, w którym ulokowałam spory bukiecik róż. Przeszło mi przez myśl, że może alergia i należałoby się wybrać do jakiegoś lekarza. Pomyślałam, że może nie tak od razu, ale podczas procesji Bożego Ciała (piękne tereny wiejskie, pachnące latem łąki, kwitnące miodnie lipy, na widok których Witek rzucił "to już przesada!") zużył całe  wielgachne opakowanie chusteczek higienicznych. Poszliśmy do lekarza rodzinnego. Dziecko dostało Zyrtec, a ja przykazanie, by zarejestrować się z młodym do alergologa. Na wszelki wypadek postanowiłam zabrać te Przemka, ostatecznie to panowie bracia jednojajowi, więc po co biegać dwa razy.

Oczywiście należało poczekać na wizytę i to sporo, bo miejsce znaleźliśmy dopiero pod koniec listopada. Trzeba było jeszcze zabrać ze sobą zeszyciki do wpisywania zleceń (?) oraz zrobić podstawowe wyniki badań- jakie?- pani doktor rodzinna będzie wiedziała jakie... I tyle było z mojej rozmowy z pielęgniarką.

Wizyta u alergologa przypomina chodzenie od Annasza do Kajfasza. Najpierw musiałam założyć karty  pacjentom. Przemiła pani pielęgniarka, z powolnością i skrupulatnością godną podziwu smarowała powolutku karty pacjenta. Co dalej? "Pani pójdzie do pokoju nr 16". Tam na szczęście nie było wielkiej kolejki, ale czas pędził nieubłaganie, a tu jeszcze nawet nie byliśmy na wizycie.

Bardzo miła pani doktor wypytała Witka  szczegółowo o objawy, dziecko w malowniczy sposób opisało swoje dole i niedole, zostało porządnie osłuchane. Potem przyszła kolej na Przemka. I tu odezwała się we mnie panika. Przecież zabrałam człowieka  właściwie profilaktycznie, co ja teraz powiem, że bliźniak, to tez go wzięłam?? Przypomniało mi się, że Przemko czasem po zjedzeniu czegoś dostawał takich rumieńców na twarzy- uff!- mam co powiedzieć... Tymczasem dziecko wypaliło- "Mama, a te bąble na klacie?" O Matko, rzeczywiście. Pani doktor zainteresowała się nieco. Rzeczywiście, dostawał takiej pokrzywki na torsie, ale tylko na chwilę i tylko czasami, nijak nie można było dojść po czym. Przemko został osłuchany (poczułam się jak wyrodna matka, bo przyciągnęłam chore dziecko do alergologa, ale tylko przez te pierońskie terminy). Dostaliśmy kartki z zamówieniem na spirometrię i testy alergiczne. Na moje skromne "do widzenia" pani doktor się uśmiechnęła i rzuciła "nie , nie, my się jeszcze zobaczymy, a teraz proszę pójść do pielęgniarki"

Wróciliśmy do pani Skrupulatnej (tej od zakładania karty). Dzieci, stare konie, zostały zważone, zmierzone, przedmuchane (spirometria) i obsiane różnymi substancjami alergizującymi. Odczekali 15 minut, przy czym czas mierzyła przecudnej urody minutnikowa biedronka, w którą wpatrywały się dwa trzynastoletnie "ogry" większe ode mnie jak urzeczone. Popatrzyłam na rękę Witka. Bąble koncertowe, znaczy że uczulony, tylko jeszcze nie wiem na co. U Przemka widać było coś tylko gdzieniegdzie i to jeszcze jeśli już to śladowe ilości. Pomyślałam sobie, że pewnie bez sensu ciągnęłam go do lekarza, że trzeba dać sobie z tym spokój i wreszcie niech dotrze do mnie , że bliźnięta jednojajowe też są różne (no niby są...)

Wróciliśmy do pani doktor, tzn. po odczekaniu swojego. Najzabawniejszy był pan, który przyszedł do internisty, ale nie wiedział , kiedy ma wejść na wizytę, bo nie wolno przecież wywieszać list pacjentów, a nawet gdyby wiedział, który jest w kolejności, to i tak by się to nie zdało na nic, bo nikt nie wiedział, która weszła osoba, itd.

Weszliśmy. Okazało się, że Witek ma alergię wziewną, czy coś w tym rodzaju i dobijają go kwitnące trawy i temu podobne wspaniałe rzeczy, a że mieszkamy na wsi, to łąk wszędzie dostatek... Należy dziecko odczulić. Mam się z tym przespać na spokojnie. Nawet  bardzo spokojnie, bo kolejna wizyta dopiero tuż przed kwietniem...

A Przemek całkowicie mnie zaskoczył. Okazało się, że jest uczulony na ... pietruszkę i ... jabłka."Z nim to dopiero będzie jazda"- tymi słowami pani doktor, wyglądająca niezwykle dystyngowanie, skomentowała te niewielkie punkciki na Przemkowym przedramieniu. Alergia pokarmowa, czyli nie można odczulać, można jedynie unikać. Ale jak? Pietruszka samo zdrowie, chłop potrzebuje żelaza... o jabłkach nie wspomnę, bo obaj  kochają owoce, mamy kilka pięknych jabłoni. Papierówka- staruszeczka to nawet w tym roku obrodziła tak jak nigdy. Chrupali te jabłka aż miło. Jak tu wyeliminować to wszystko?

 

Po wizycie u alergologa pojechaliśmy do babci. Przemek wsunął ze smakiem dwa soczyste jabłuszka, zanim zdążyłam cokolwiek o wizycie u alergologa opowiedzieć. I co? I nic się nie stało... żyje... po bąblach ani śladu... testy się mylą czy dziecko mam zmutowane?

wtorek, 06 grudnia 2011

W niedzielę zadzwoniła Ania, Dobra Dusza. Wypytała mnie dokładnie o bezrobotnego męża, po czym zaoferowała pomoc. Jej wujek ma hurtownię, nie bardzo lubi zatrudniać nowych ludzi, ale ewentualnie mógłby, itd. Ucieszyłam się jak pies z kości, bo przecież to pierońskie bezrobocie dokucza mi jak diabli - ile można ciągnąć na jednej pensyjce , spłacając rozliczne kredyty?

Pojechał. Okazało się, że na miejscu znajduje się mnóstwo maleńkich i większych firm, a Ania podała mi nazwę , której jakoś nie dało się wypatrzyć. Cały dzień chodziliśmy na siebie obrażeni. Mąż nie omieszkał powiedzieć jaka to jestem "mądra" razem ze swoją koleżanką.

Dzisiaj robił podejście numer dwa. Z większą ilością danych (od Ani, bo zadzwoniłam) dotarł, ale szefa nie spotkał. Widział się  za to z księgową, którą podobno tak podszedł, że wyśle (ona) jego cv do innych hurtowni. Czego się po tej przygodzie dowiedziałam? otóż nie potrafię się z nikim dogadać, nawet z własną przyjaciółką, bo on więcej załatwił z panią, uśmiechając się do niej promiennie przez pięć minut, niż ja z Anką przez dwa dni. Dowiedziałam się również , że może z dziećmi potrafię znaleźć odpowiedni kontakt, bom nauczycielka, ale z dorosłymi nie potrafię rozmawiać. I (to zobaczyłam znaczący gest palcem wskazującym uniesionym do góry) nikogo nie słucham, jedynie wydaję rozkazy i to nie moja wina (znaczący przekąs), bo tak mnie praca skrzywiła.

Dobrze, że ma mnie co krzywić, bo inaczej nie wiem , co by z nami było.

Kto jest zatem przyczyną zgryzot bezrobotnego męża? Jego bezdennie głucha na wszystko żona, która próbuje znaleźć pracę mężowi i do tego stara się nie oszaleć...

Ale nic to, dzisiaj wszak mikołajki i pocieszeniem były dla mnie cukierki i uśmiechnięte gęby własnych i szkolnych młodziaków.

Trochę martwi mnie to dziwne kłucie w klatce piersiowej, ale

"Siła Bóg może zmienić  w jednej godzinie

a kto mu kolwiek ufa, nie zaginie" (Kochanowski)

Darmowy licznik odwiedzin