Kategorie: Wszystkie | ogród nasz powszedni | życie rodzinne
RSS
poniedziałek, 22 lipca 2013

W sobotę, w ramach atrakcji wakacyjnych, wybraliśmy się z moją kuzynką rodzinnie na ryby, ponieważ Dziedzice postanowili zainteresować się wędkarstwem. Przemek kupił sobie nawet wędkę z całym oprzyrządowaniem, Darek, mąż kuzynki miał już dwie wędki, więc dla nieletnich starczyło. A starsi mieli uczyć i asystować, choć po części to my gadałyśmy o bzdurach, a faceci popijali piwko (oto jak kończy się emancypacja kobiet w zakresie prawa jazdy, czyli słodkie oczy i sakramentalne pytanie : ""pojedziesz??"). Ale do rzeczy:

Zbiórkę zarządzono około godziny dziesiątej. Na stawy hodowlane nie było aż tak daleko, jeśli nie liczyć postoju  przeznaczonego na zakup kubków do picia ( bo nikt jakoś nie pomyślał), specyfiku na opuchnięte nogi (bo jakoś Agnieszka tak ma, że jak dotknie ją jakiś robak, to zaraz jej się robią dziwne rzeczy, ale przecież wcale nie jest uczulona). Zarejestrowaliśmy się, usadowiliśmy i się zaczęło.

Podobno łowienie ryb odpręża. Jakoś nie mnie. Po połowie godziny poczułam ,że brakuje mi czegoś bardzo: książki, gazety, szydełka, no nie wiem jeszcze czego, ale ręce to już bym czymś zajęła. Nagadałyśmy się z Agnieszką za wszystkie czasy, a chłopcy jak nic nie złowili, tak nic nie złowili. Co prawda zmniejszali jakiś grunt, rzucali słowami typu "przypon" i szukali dobrego miejsca na złowienie ryby stulecia.

Świat się zatrzymał w momencie, gdy towarzystwo obok nas wyciągnęło wieeelgachnego karpia (powaga, chyba z sześć kilo, w życiu takiego nie widziałam, po prostu mutant). Obfotografowali się z nim, po czym ... wrzucili go do wody. Agnieszka z zazdrością stwierdziła, że moglibyśmy takiego złowić, to można byłoby sprezentować go dziadkowi Czesławowi na imieniny. Dziedzice i Kuzynowi Dziedzice zabrali się więc ochoczo do pracy, tzn. usiedli nad swoimi wędkami z  powagą, a Jedyni Mężowie raczyli się dalej piweczkiem. Około południa, a może pierwszej, karpie kpiąc ze wszystkich wędkarzy wyskakiwały na powierzchnię wody na niewielką chwilkę. Wszyscy patrzyli na to z zazdrością, nikomu ryby nie brały...

Nagle pan łowiący nieco dalej złowił kolejnego wieeeelgachnego karpia. Pomyślałam sobie, że może to ten sam, co poprzednio... I znów ta sama historia: łowienie, podbieranie, wielka radość, oglądanie z każdej strony, zdjęcie i ... zanim facet wyrzucił karpia do wody, Agnieszka pognała do niego w te pędy i zapytała, czy skoro ma nie skorzystać z tego okazu, to może mógłby go nam odstąpić. Pan się zgodził (płacisz za rybkę wynoszoną z łowiska) i po chwili Dziedzice lecieli z rybą, która została odpowiednio zabezpieczona w pułapce.

Łowiliśmy dalej, a czas płynął. Naturalną koleją rzeczy porozbieraliśmy się jak do rosołu już dawno, bo kto wytrzymałby taki skwar, chociaż nad stawem powiewał delikatny wietrzyk i ogólnie było bardzo przyjemnie. Po trzeciej stwierdziliśmy, że  chociaż może zjemy jakąś rybkę z wędziskowej restauracji, ale pani stwierdziła, że niestety nie może nas obsłużyć, ponieważ przygotowują przyjęcie weselne. Trudno. Pożarliśmy lody i dalej łowiliśmy. Nawet  dziewczyny (tzn. ja i Agnieszka) zarzucały wędki. Nic z tego. Ludziom po drugiej stronie stawu też nie szło.

Agnieszka zaczęła zastanawiać się nad losem Waldemara (tak nazwaliśmy karpia, którego nie złowiliśmy, ale innym mieliśmy to wmówić). Według człowieka, który go złowił, karp był zdecydowanie za duży i za tłusty, a poza tym te 6 kilo to nie w kij dmuchał i  jeśli naprawdę taki tłusty, to dla dziadka się nie nadaje i jeszcze mogłaby ta "zdrowa" rybka wpędzić go do grobu. Wszyscy bili się z myślami, co tu zrobić? Chcieli kupić suma, ale nikt go nie złowił (podobno dają się złowić tylko na wątróbkę...)

Kiedy zostały pożarte wszystkie ciastka, banany, lody i pozostała już tylko puszka z kukurydzą dla ryb, a brzuchy zaczęły straszyć, postanowiliśmy wracać do kuzynostwa na pizzę.

Co z Waldemarem? Otóż nadwaga uratowała mu życie. Rybkę obfotografowaliśmy, nacieszyliśmy się nią i ... wpuściliśmy do stawu. Ciekawe, ile razy Waldemar został jeszcze wyłowiony? Może to etatowy rybi niedoszły  samobójca?

Kiedy wróciliśmy na miejsce, okazało się, że w amoku i wędkarskim szaleństwie  potwornie się opaliliśmy. I to kiedy? W zasadzie to każdy miał raczej oparzenie pierwszego stopnia. Czerwoni byliśmy jak raki, ale i tak była z tego kupa śmiechu, a najwięcej z Waldemara.

W domu obłożyłam się maślanką. Nogi mam opalone w sposób patriotyczny : połowa biała, połowa czerwona. Bosko! Jedyny Mąż na klacie mógłby smażyć jajka, a o nosach Dziedziców nie wspomnę. Pomógł dopiero balsam po opalaniu z panthenolem. Oj, przyniósł wszystkim wielką ulgę... A i tak piekło mnie niesamowicie. W gorszej sytuacji znalazł się Jedyny Mąż, na którego wskoczył Borys z zamiarem szalonej galopady z pazurem po męskich plecach. Polała się krew i nie należała ona do zwierzęcia...

A wieczorem zadzwoniła Ula z informacją, że w poniedziałek rwiemy wiśnie.

Cały dzień na słońcu. Będę miała gębę jak włościanka z "Pana Tadeusza", a ręce jakbym nimi tylko przeorała ogródek. Nic to. I tak będzie fajnie!

niedziela, 21 lipca 2013

Dziewięć tygodni naszego kota zobowiązuje.

Dużo się zmieniło od czasu, gdy Borys pojawił się w naszym domu. Największym sukcesem stało się opanowanie relacji koto-psich w naszym domu. Teraz już wygląda to tak, że Dolar całkowicie toleruje malucha, pozwala mu na wspinaczki, podgryzania ogona i nogi. Jeśli kot przekracza jakieś granice, to Dolar najpierw patrzy na nas z żałością, jakby mówił "Zabierzcie go, proszę", a potem przenosi się w inny kąt pokoju. Ostatnio nawet się z Borysem trochę pobawił, potrącał łapą, odciągał zębami ku ogólnej radości obojga. Zatem pewnie będzie dobrze, a potem  kot urośnie na tyle, żeby w razie problemów natury egzystencjalnej uciec na drzewo...

Borys pokochał ogródek i świeże powietrze. Na zewnątrz jest nie do ogarnięcia.

Na pierwszej wyprawie wyglądał jak młody saper, bo wystawiał łapkę najdalej jak się da, delikatnie stawiał ją w trawie i tak oto  zdobywał kolejny centymetr świata, by po chwili bić się z pokrzywą. Spoliczkował ją całkowicie, a potem piszczał...


Drugą wyprawę nazwaliśmy "kangurzą", bo skakał , jakby miał podoczepiane do nóg sprężynki i nabierał takiego tempa, że poważnie zaczęłam myśleć o kocie na sznurku, żeby mu tę wolność ograniczyć nieco. Mam prawie pewność, że zachwyt światem nie pozwoliłby mu wrócić do zwyczajnego domowego życia... Tyle jest ciekawych rzeczy, nieznanych dźwięków...

Ostatnio jednak zostawiłam go w domu i poszłam na dłuższą chwilę do ogrodu. Gdy wróciłam, Borys przyszedł do mnie (jak nigdy), popatrzył na mnie i podniósł prawą łapkę, jakby chciał  powiedzieć "Zobacz, co mi się porobiło". Łapka była dwukrotnie większa niż powinna, ale kot nie płakał przy jej miętoleniu, więc raczej nie była złamana. Nie wiedziałam , czy mam czuć się winna, bo w nocy Borys miał bliskie spotkanie z zamykanymi drzwiami niestety z mojej przyczyny i pomyślałam sobie, że może wtedy doszło do jakiegoś uszkodzenia? Ale przecież rano szalał jak opętany, wszędzie było go pełno...

Skutek kontuzji był taki, że nie potrafił sobie bez tej łapki poradzić ze wspinaczką wysokokrzesłową, przeprawami parapetowymi i przelotami okołofirankowymi. Nie szło to i co chwilę trzeba było ratować go przed upadkiem na podłogę. Żeby chociaż na chwilę przystopował, gdzieżby tam znów?!

 

Wieczorem łapka doszła do siebie, kotu wyłączyły się bateryjki, nic nie było w stanie go obudzić ... może to jednak była pokrzywa?

Tagi: kot
19:19, psorka73
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 lipca 2013

Za wewnętrznymi ścianami zamku Książ kryją się naprawdę piękne miejsca. Pominęłabym je pewnie biegnąc za przewodnikiem, a tak mając wolną rękę, chodziłam bez żadnej presji czasu. Marzyłam, żeby jak Daisy wypić tutaj popołudniową kawkę w towarzystwie Jedynego Męża lub kogoś równie interesującego:


Książ

Książ

Oto Daisy, słynąca z urody, pereł i tego, że była nieszczęśliwa:

Daisy


 Ciekawe były te wewnętrzne dziedzińce, chyba dlatego, że nie można na nie normalnie wejść:

Książ

Zawsze interesujące staje się to niedostępne, prawda?

Tagi: Książ
19:33, psorka73
Link Dodaj komentarz »

Każdy je ma. Im kto starszy, tym bardziej do nich tęskni.

Dziedzice pewnie będą tęsknić za kwasem chlebowym, bo za każdym razem, gdy jedziemy do jednego z supermarketów, to obowiązkowo  pojawia się pytanie o to, czy kupię... Początki wcale nie były takie łatwe. Byliśmy na "średniowiecznym" jarmarku, a tam jak wiadomo, trzeba coś kupić. Przystojny rycerz ze stoiska z napojami skusił chłopców na kwas w ten sposób : " to jest napój tylko dla prawdziwych rycerzy, taka ŚREDNIOWIECZNA COCA-COLA" No i kupiliśmy, ale tak trochę na siłę, bo Dziedzice ogólnie  nie wchodzą chętnie w nowości. Od tego zaczęła się wielka miłość do kwasu chlebowego. Podejrzewam nawet ,że może on mieć coś wspólnego z podpiwkiem, o którym opowiadała mi znajoma, ale jeszcze muszę poszperać w necie.

Może smaki z dzieciństwa kojarzą się niekiedy nie tyle z zapachem i smakiem , co z całymi historiami, np. Babcia Rodzińska piekła rewelacyjny CHLEB w domowym piecu i on wcale nie ulegał procesowi starzenia, a był taki doooobry...sam na sucho, z masłem, ze śmietaną posypaną cukrem, ze smalcem na skwarkach i przypieczonej cebulce... Najlepsze  w tym wszystkim było jednak to, że cała dzieciarnia czekała na ten chleb, kiedy jeszcze grzecznie siedział sobie w piecu. Moment wyciągania ogromnych bochenków był  ważniejszy niż Gwiazdka (oczywiście w tym momencie). Jęzory tąpały wszystkim. I jak Babcia tłumaczyła dzieciarni, że nie można tego chleba jeść gorącego, bo klucha się zrobi w żołądku i nieszczęście gotowe? Tłumaczyła że spokojem, że nie można kroić chlebka tak od razu, bo wtedy poleci z niego krew, bo go skaleczymy. Więc cała dzieciarnia odchodziła ze zrozumieniem, bo te bochny były jak figury święte, które się wielbi i absolutnie nie krzywdzi...Wiadomo było, że zanim chleb zostanie pokrojony, musi być przeżegnany nożem, że nie wolno położyć go do góry nogami, tzn. brzuszkiem do dołu, że się go nie wyrzuca i nie może leżeć na podłodze ani na chwilę. Bo chlebek się szanuje. Dziedzice nie znają już takiego chleba, a szkoda...

Pamiętam też jak w ósmej klasie odkryłam z koleżanką z klasy i bloku jednocześnie,  piekarnię  oddaloną od osiedla  o  jakieś pięć ulic, przedzielonych jeszcze boiskiem i ogródkami działkowymi. W piątek wieczorem, oczywiście wiosną i latem, zbierałyśmy zamówienie od rodziny na świeży chleb plus drobne na dodatkowy bocheneczek i szłyśmy, podobnie jak połowa osiedla, do piekarni. Tam oczywiście trzeba było stać w długaśnej kolejce, ale jakie tam się tworzyły znajomości, jakie sympatie, kto wie, może nawet niektóre małżeństwa miały tam swój początek? Dodatkowy chleb, gorący, zjadałyśmy po drodze,   krew nie leciała ...

Z drugą Babcią wiąże się smak, który poczułam  trzy razy w życiu, to POLEWKA Z MŁODYMI ZIEMNIACZKAMI. Taka polewka chyba z serwatki, biała, a ziemniaczki  gorące z koperkiem i masłem domowej roboty. To też było jak święto. Przed tą polewką dziadek pozwolił mi powozić wozem zaprzężonym  do dwóch koni. Ja kierowałam, a konie szły tak, jak chciałam. To było świetne. Miałam pewnie wypieki na całej gębie. I jeszcze ta polewka. To były czasy.

Drugi raz spróbowałam jej u mojej przyjaciółki. Przyjechała do jej mamy koleżanka ze studiów na stałe mieszkająca w Paryżu. Poprosiła mamę Kasi właśnie o taką polewkę, bo potrafią ją zrobić przecież tylko w Polsce... Zachwycała się nią jak dziecko, wszyscy śmiali się z tego, a ja ją rozumiałam.

Trzecie spotkanie z polewką wiąże się z moją ukochaną teściową Celinką. Raz czy dwa ugotowała taką polewkę, bo była na ciągłej diecie. Jadła ją z ziemniakami bez omasty, ale za to z pokruszonym twarogiem. mówiła, że to posiłek dla biednych... Potem umarła i nie nauczyła mnie jej gotować. Ale pewnie dziedzice by jej nie jadły...

A czy ktoś zna NAWORKĘ ? Tak nazwał tę zupę mleczną mój wujek. To była jedna z pierwszych rzeczy, które zrobił, gdy wrócił ze swoją rodziną z PGR-u w zachodniopomorskiem do rodzinnego gniazda, po śmierci swego ojca. To była taka zupa  właściwie z niczego. Na gotującą się wodę  sypał mąkę pszenną tak, żeby porobiły się grudki, które gotował, ale tylko  trochę. Potem dolał mleka, posolił nieco i zupa gotowa. Głodny się tym nawet najadał. A coś nowego zawsze niemal smakowało. Naworka była egzotyczna, bo wujek przyjechał  STAMTĄD, jakiegoś bliżej nieokreślonego, dalekiego, więc na pewno ciekawego miejsca. Wszystko STAMTĄD było dla dzieciaków SUPER.

Gdybym zaproponowała coś takiego  w domu, to pewnie popatrzeliby na mnie dziwnie, ale z każdym ze smaków wiąże się dla mnie jakaś historia ważniejsza już niż sama potrawa...

piątek, 12 lipca 2013

Bazą wypadową naszej "wycieczki z zakładu pracy"  była Szklarska Poręba. Gdyby nie to, że co chwilę padało, byłoby naprawdę świetnie. Poznałam moc atrakcji nietypowych dla pobytów górskich  - zamiast chodzić po górach darliśmy się na karaoke i szaleliśmy na dyskotekach z ludźmi w niesamowicie różnym wieku. W ostatnim dniu udało się pójść na wodospad Szklarki (a przecież jeszcze został Kamieńczyk i tysiąc innych atrakcji). To, co można pokazać  jest tu:

wodospad Szklarki

 

wodospad Szklarki

 

wodospad Szklarki

wodospad Szklarki

 

Oj pięknie było, chociaż w samej Szklarskiej Porębie za dużo jak dla mnie dziwacznych pamiątek. Szukałam  dla Dziedziców i Jedynego Męża koszulek  z wizerunkiem , jakimś pomysłem na pamiątkę z tego miasteczka i guzik z pętelką... mój pomysł na przywożenie wycieczkowych koszulek padł niestety...

17:28, psorka73
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Darmowy licznik odwiedzin