Kategorie: Wszystkie | ogród nasz powszedni | życie rodzinne
RSS
środa, 13 sierpnia 2014

Dziedzice razem z Marcinem, który przyjechał do nas na wakacje, krzyczeli wczoraj od samego rana, że będzie deszcz perseid. Wieczorem. Około 21. Pamiętałam piękny deszcz meteorów  lata temu na przełomie lipca i sierpnia, ale to chyba były leonidy?

Zanim się wyrobiliśmy ze wszystkim, wybiła 22. Dzieciarnia orzekła, że nigdzie nie idą, nie chce im się i w ogóle są zmęczeni. Starym się chciało.

Pierwszą zobaczyłam od razu, nawet nie zdążyłam pomyśleć życzenia. Na wschodniej stronie nieba miało być i tak było. Najlepszy Mąż przyleciał z aparatem i statywem. Zaczęło się ustawianie. Czekaliśmy i nic. Potem zobaczyłam drugą, ale leciała całkowicie w innym kierunku, więc przestawiliśmy aparat. Najlepszy poleciał po papierosy do domu z tych nerw, że jeszcze niczego nie sfotografował. W tym czasie spadły następne dwie, oczywiście  z innego kierunku niż nastawiony aparat.

Czekaliśmy i nic. Naliczyłam  pięć kosmicznych helikopterów (czerwone mrugające światełka) i bardzo wolno przesuwający się jasny punkcik. A tak poza tym normalnie nuda. Co chwilę spadały jabłka z pobliskiego drzewa - od tej pory to papierówkoidy...

Najlepszy postanowił uwiecznić piękny księżyc, gdy nagle w naszą stronę  nadleciały dwa samoloty, może transportowe? Od dzioba wyglądały całkowicie kosmicznie, bo było widać na początku tylko czerwone i niebieskie/ zielone światła , niezwykle subtelne. Przeleciały nad księżycem (oczywiście w sensie naszego punktu widzenia), nad nami się rozproszyły i każdy poleciał w przeciwnym kierunku... Dziwne... Jeszcze nigdy nie widziałam też, żeby samolot miał tak oświetlony  na zielono/ niebiesko ogon. Naprawdę  to było ciekawe spotkanie.

Na zdjęciu pojawiły się tylko dwie kolorowe smugi

Czyli zamiast perseid mieliśmy papierówkoidy, nalot ufo,  star trek i co kto jeszcze by chciał.

Deszcz  meteorów obejrzeliśmy na National Geographic. Całkiem ładne, ale niestety część udoskonalona  programami komputerowymi...

Dodam jeszcze, że wgapianie się w gwiazdy działa jak afrodyzjak...

Rano dziedzice pytali, czy widzieliśmy międzynarodową stację kosmiczną? Jak miałam ją rozpoznać po ciemku? Na węch? A może to był ten maleńki punkcik?

Kiedy następny deszcz spadających ciał?

Tagi: Perseidy
21:01, psorka73
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 sierpnia 2014

Znajomi stwierdzili, ze za chwilę skończy się sezon na ogórki. Niewiele myśląc, kupiłam od nich wszystko co mieli, czyli jakieś 40 kg.

Bilans wczorajszego dnia:

10 słoików* kiszonych

13 słoików*  konserwowych

10  słoików* z vegetą

13  słoików* musztardowych

10 słoików* mizerii

* oznacza słoiki rozmaitej wielkości, bo jak każdy normalny człowiek zawalam sobie co roku piwnicę szkłem pod tytułem "to się przyda", ale najczęściej to 700 ml po pewnym majonezie, bez którego rodzina by nie żyła

Dumna jestem  z siebie nieziemsko, ale wiem też , że gdyby nie pomoc Dziedziców w obieraniu ogórów na pikle, to nie skończyłabym do ciemnej nocy.

Dla Dziedzicowych Przyszłych Żon kilka niezawodnych przepisów:

Ogórki konserwowe:

Zalewa:

16 szkl. wody

2,5 szkl. octu 10% (czyli normalnego ze zwykłego sklepu)

18 łyżek czubatych cukru

2,5 łyżki soli

majeranek 1 łyżeczka

do tego cebula, marchewka, liście laurowe, ziele angielskie, pieprz ziarnisty, gorczyca, koper - chociaż  i tak się nie wygłupiam tylko kupuję gotową mieszankę do konserwowania ogórów.

Sekret cały polega na tym chyba, że przy gotowaniu  słoików nie należy przesadzać i wyciągać je z wody, gdy tylko ogórki zmienią kolor...

Przepis od Mamy i sprawdza się od kilku lat

 

Ogórki z vegetą

Zalewa:

6 szkl. wody

1 szkl. octu

3/4 szkl. cukru

3 łyżeczki płaskie soli

4 łyżeczki czubate przyprawy typu vegeta

Wszystko zagotować, ogórki pokroić w słupki; na dno słoika włożyć plaster cebuli, potem ogórki, na górę plaster cebuli, zalać  i gotować 10-12 minut.

 

Ogórki musztardowe

Zalewa:

4 szkl. wody

1 szkl. octu

1 szkl. cukru

2 łyżki soli

5 łyżek musztardy sarepskiej (niektórzy u nas w domu mówią, że saperskiej)

Zagotować i raczej nie wciągać aromatu, bo można się zdziwić; wystudzić i zalać ogórki (słupki) poukładane w słoikach.

 

Mizeria

Początkowe przeznaczenie miało być rzeczywiście takie: mizeria ze śmietaną  grudniową porą. Ale kto wtedy jada takie rzeczy?? Okazało się jednak, że  ogórki same ze słoika w grudniu smakują świetnie , nawet zamiast kolacyjki

Sposób przygotowania:

4 kg ogórków obranych poszatkować

6 ząbków czosnku lub ile kto lubi (ja lubię dużo) przez praskę przecisnąć

1 szklankę octu + 1 szklankę cukru + 1 szklankę oleju + 4 łyżki soli - to wszystko wrzucić do ogórów oraz czosnku, dobrze wymieszać i zostawić na 1-2 godziny. Następnie załadować do słoików i pasteryzować 10-15 minut (wybrałam opcję 10 minut, bo już miałam dość)

Przepisy od pewnej Jadzi, więc sprawdzone

Smacznego

P.S. Dzisiaj  obowiązuje hasło "Buraki - pierwsze starcie"

niedziela, 03 sierpnia 2014

Koniec wiśni !!

W tym roku to był fatalny zbiór. Ludzi za mało, nagle cała młodzież gdzieś się ulotniła, przestała pracować sezonowo; myśleliśmy, że może pracują w ogórkach, a ci  z ogórków sądzili, że zrywają wiśnie... Część młodzieży stała się wygodna. Po co pracować, jeśli można dostać pieniądze na wakacje, buty , książki (przepraszam : podręczniki, bo kto kupuje książki?) i inne zbytki

Ale do rzeczy.

Kiedy w czwartek wieczorem nastawiałam sobie budzik w komórce na 3.50, czułam niemałą odrazę do całego świata. I tak wstałam piętnaście po czwartej, bo było ciemno i jakoś nijako.  Nawet nie padało.

W sadzie zaczęło jednak  na początku święcić, a później już całkiem zaczęło padać. A potem lać, a potem jeszcze bardziej... Kiedy wydawało nam się, że już to wszystko nie ma sensu, niebo nieco się przecierało i dawało nam to nadzieję, że jednak ten sad uda nam się skończyć... Dostałyśmy z Danusią gorącej herbaty i rwałyśmy dalej.

Przykro było patrzeć na Ulę, która całkiem zrezygnowana siedziała na ganku u swojej córki Magdy. Wszystko szło jak po grudzie: za mało ludzi, ci którzy przyszli nowi to w sporej części "gimnazjum", krzyczące, piszczące i zostawiające mnóstwo wiśni na drzewach. Danusia dostawała białej gorączki... cena na wiśnie beznadziejna -  zasadniczo sadownicy  stracili na zbiorach kilkadziesiąt tysięcy w zależności od sadów, do tego wszystkiego jeszcze pogoda taka, że albo upał  paraliżujący rwanie, bo wiśnie zaczynały zamieniać się w garującą zupę albo deszcz powodujący pękanie owoców, pleśnie i inne paskudztwa...

Kiedy już miałam WSZYSTKO mokre , a Danusia prawie WSZYSTKO, dokończyłyśmy drzewka i wróciłam do domu.

Dostałam jeszcze przepis na ciasto od Danusi. Zapisała mi go Ula, ponieważ mnie zgrabiały od wody ręce:

Wiśniowy Placek Danusi - Deszczowy:

2,5 szklanki mąki tortowej

niepełna szklanka cukru

2 jajka

0,5 szklanki oleju

1 szklanka kwaśniej śmietany

3 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

Jajka, olej i cukier zmiksować porządnie, do tego dodawać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i śmietanę. Ciasto powinno mieć dość luźną strukturę.

Ciasto wylać na blaszkę ( wyłożoną papierem do pieczenia rzecz jasna), na to dowolne owoce, na to kruszonka czyli  np. pół kostki margaryny lub masła wymieszane z mąką i cukrem tak, aby powstały kruszonkowe twardawe kluseczki. Nigdy nie potrafię powiedzieć, jakie w kruszonce powinny być proporcje składników, najwyżej dosypuję mąki i cukru.

Do pieca na jakieś 40 minut. Można po polukrować, np. białko z jednego jaja wymieszać z taką ilością cukru pudru , żeby wyglądało to na gęstą śmietanę , tudzież  zamiast białka  sok z połowy cytryny.

Ponieważ następnego dnia mieliśmy jechać na imieniny Taty, postanowiłam po obiedzie zabrać się za "Deszczowca". Przygotowałam podwójną porcję, bo gości u Gustawsona miało być sporo. Dziedzice miksowali, ja dozowałam składniki. W chwili, gdy zaczęliśmy wsypywać mąkę, zadzwoniła Ula z zapytaniem, czy mogłabym teraz przyjechać do sadu, bo chcieliby  skończyć ten sad pod zamówienie piątkowe, a pogoda się bardzo poprawiła...

Spanikowałam! Z jednej strony nie chciałam Uli zostawić na lodzie, z drugiej miałam rozpoczęte ciasto... Szybko przygotowałam blachę, objaśniłam Dziedzicom, jak mają przypilnować ciasta, jak sprawdzić patyczkiem czy dobre i na  bieżąco mnie informować o postępach prac. Pojechałam do sadu.

Po jakimś czasie zadzwoniłam do domu , żeby sprawdzić, co  z moim ciastem. Okazało się , że chłopakom trudno jest określić, czy jestjuż dobre. Na moje pytanie o kolor kruszonki odpowiedzieli, że  w niektórych miejscach jest jasno-  a w innych ciemnobrązowa. Po jakimś czasie nawet spróbowali  placka i określili go jako "dobry, choć ze szlachetną spalenizną". Wiedziałam już, że będzie trzeba upiec następny...

Sad skończyliśmy około ósmej wieczorem. Przynajmniej taka pociecha. Oczywiście, jak sobie wykrakałam, zostałam bez wiśni. Cała nadzieja w tym , że owoce z jeszcze jednego sadu, zaczętego i nieskończonego będą się w poniedziałek nadawały do urwania.

To był dobry dzień, chociaż zaczął się fatalnie.

A ciasto po odkrojeniu spalonego spodu było wspaniałe... Oczywiście ze śliwkami...

Darmowy licznik odwiedzin