Kategorie: Wszystkie | ogród nasz powszedni | życie rodzinne
RSS
piątek, 20 grudnia 2013

Dzisiaj oglądałam jasełka, w których  cała fabuła opierała się na tym , jak to u wrót Nieba, przed świętym Piotrem stanęła cała kolejka ludzi przygotowanych na życie po śmierci. Wszyscy jednak znaleźli się poczekalni, ponieważ nikt, według Księgi Życia, nie zasłużył na Niebo: ani siostra zakonna, która nie dość gorliwie okazywała ludziom swoją dobroć, ani matka wielu dzieci, która ,co prawda, wiele dla nich robiła, ale nie dawała im duchowego wsparcia, ani też ojciec, który zarabiając na cała rodzinę zapomniał, że dzieci się nie tylko utrzymuje, lecz również kocha. Do nieba nie weszła również nauczycielka z wieloma fakultetami, dyplomowaniem - słowem przeszkolona  w każdym calu, która zajęła się karierą zawodową kosztem swojej rodziny... Bram niebieskich nie przekroczył nawet ksiądz, który dobry dla innych, nie dość gorliwie modlił się do Boga. Nie udało się również to właścicielce przedsiębiorstwa, słynącej z filantropii - kazała wszak innym pracować w niedziele i święta, a oferowana przez nią łapówka tylko rozsierdziła świętego Piotra... Wychodzi na to, że czego by człowiek w życiu nie robił, to i tak z czymś nie zdąży... Chcesz być dobry w pracy- cierpi  rodzina, bo przecież ciągle cię nie ma, chcesz być perfekcyjną panią domu, to być może nie masz już czasu na męża i przyjaciół. Jak by nie robić, to i tak będzie źle. To tak jak z wieloma ludźmi. Robią coś w dobrej wierze, a później wszystko obraca się przeciwko nim. Chwała Bogu, że wymyślił przyjaciół, przy których człowiek może spuścić  z siebie powietrze, dobrze, że po pracy wracasz do domu i możesz zająć się czymś całkiem innym, dobrze, że istnieje praca, w której możesz zasłonić się parawanem obowiązków i nie myśleć o tym, dlaczego pokłóciłaś się z mężem... Nie ma ludzi idealnych. Żebyś nie wiem jak delikatnie chodził, zawsze nadepniesz komuś na odcisk i nieszczęście gotowe.

Takie "odciski" były ostatnio specjalnością mojego życia. Działo się tyle niedobrego i mam nadzieję, że Boże Narodzenie to wszystko naprawi. Wszyscy nabierzemy  dystansu, o pewnych rzeczach może taktownie zapomnimy. Nie będzie na to wszystko, tak jak w przedstawieniu, drugiej szansy Wszystkie jasełkowe postaci wróciły na ziemię, by naprawić swoje błędy... Ale czy to jest możliwe, by pamiętać ciągle , przez całe życie o wszystkim? Nie popełniać ludzkich błędów wynikającym ze złości, rozpaczy lub wstydu?

piękno ipasje

                                           (zdjęcie ze strony pięknoipasje)

21:08, psorka73
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 sierpnia 2013

Najpierw masz szesnaście tysięcy kompleksów: że sylwetka nie taka, że Baśka ma śliczne długie włosy, a twoje mama nakazuje obcinać na krótko od niepamiętnych czasów, że Magda ma swojego pierwszego chłopaka, drugiego , trzeciego, a ty nic... że wszyscy wokół są fajniejsi od ciebie... Dobrze  się uczysz?  A co w tym wspaniałego? Na własne życzenie pozbawiasz się życia towarzyskiego. Ale jak tego nie robić, skoro prawie każdy przechodzący obok ciebie chłopak wywołuje ścisk w gardle lub napad wewnętrznej paniki?

Potem jesteś Tą jedyną dla Tego jedynego. I jest dobrze, chociaż gdzieś w środku zaczynasz się zastanawiać nad tym, czy dobrze robisz oddając w Jego ręce całe swoje życie. Nawet może rezygnujesz z dobrze zapowiadającej się kariery zawodowej/ naukowej/ finansowej by stworzyć dom i rodzinę, bo tak cię nauczono.

Jeszcze później ciągniesz ten dom tak zawzięcie, że zapominasz o sobie. O tym , że nie jesteś maszyną do przewijania, prania , sprzątania i gotowania. Padasz na nos, gdy Twojemu Jedynemu zachciewa się figli. A kiedy Jedyny wraca coraz później do domu i powarkuje na ciebie, to jeszcze nic ci nie kiełkuje w głowie, bo sądzisz, że kocha cię przecie tak samo, jak ty jego.

A potem przeżywasz niejedno. Jak już się ockniesz i to w dobrym tego słowa znaczeniu, tj.  przypomnisz sobie kim jesteś naprawdę, że twoja wartość tkwi w tobie samej, dzieci stają się nastolatkami.

Przestajesz być dziewczyną, stajesz się kobietą. Już nikt nie potraktuje cię lekceważąco w urzędzie, mówią ci grzecznie dzień dobry. Tylko ... kiedy  nabyłaś się dziewczyną? Kiedy miał miejsce czas na niewinne flirtowanie, żarciki, świadomość własnej dziewczęcości i  kobiecego piękna,  tych iskierek zainteresowania  ze strony płci  przeciwnej?

W momencie gdy potrafisz się już uporać  z lękiem przed mężczyznami, nie peszą cię ich spojrzenia i stają się dowodem na to, że jesteś godna zainteresowania,  dociera do ciebie, że zainteresowania innych nie musisz interpretować w sobie  jako pierwszych kroków do zdrady małżeńskiej, okazuje się, że pewne rzeczy i zachowania już nie przystoją. Możesz  być co najwyżej śmieszna... A nie ma nic gorszego i bardziej żałosnego chyba niż kobieta dojrzała próbująca zatrzymać w sobie nastolatkę i ubierająca się bardziej wyzywająco od swojej dorastającej córki.

Jak zatrzymać młodość? Już nie chodzi o wygląd, bo tu akurat kobiety w tym wieku mają wiele możliwości. W końcu stać je na kupienie droższego ubrania, pójście do fryzjera wtedy, gdy im na to fantazja pozwala, czy regularne ćwiczenia fitness. Pod tym względem są niezależne. Moja kochana koleżanka zastanawiała się kiedyś, kto reguluje rynek ubraniowy. Według niej  działania w tej branży są nielogiczne. Większość sklepów proponuje ubrania dla  osób z figurami dwudziestolatek, gdy tymczasem  zasobniejszym portfelem dysponują jednak kobiety nieco starsze , ale i często nieco tęższe. Dla nich pozostaje raptem kilka sklepów "dla puszystych".  To nie jest logiczne i nigdy nie będzie...

Jak zatrzymać młodość w duszy? Jak nie poddać się myśli, że coś bezpowrotnie ucieka i już tego nie doświadczę... A może trzeba po prostu  żyć tym, co nam zaoferowano, a tamto, no trudno? Moja mama mimo 63 lat powtarza , że w środku ma 28 i koniec . Nie  szaleje, nie ma problemu z tym, że jej wnuki mają już 15 lat. Po  prostu żyje. Co pozostawiła za sobą. tego się nie dowiem... Co ja jeszcze pozostawię w życiu  nietknięte?

Zaczynam chyba rozumieć facetów w kryzysie wieku średniego. Też pewnie chcieliby coś zatrzymać...

Przeżywam kryzys wieku damsko - męski?

Tylko po co na to tracić czas?

I to jest właśnie niesprawiedliwe !

15:17, psorka73
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 sierpnia 2013

Zostaliśmy skierowani z Jedynym Mężem przez NFZ na badania  profilaktyczne w kierunku  chorób układu krążenia (jesteśmy równolatkami, jakoś tak wyszło). Poszłam, a jakże. Pobieranie krwi i mierzenie ciśnienia to nic w porównaniu z tym, że trzeba było się zmierzyć z pasie, ramieniu i co gorsza, zważyć. Koszmar. Zawsze miałam z tym problem. Zaraz mi wyliczą BMI i okaże się, że to już koniec, nadaję się do programów w stylu "my cię zajeździmy, a łabędziem i tak nie zostaniesz". Jednym słowem przeżyłam  niemałe emocje i może dlatego ciśnienie mi wyszło wzorcowe, bo do tej pory  to ledwo, ledwo coś mi tam w tych żyłach chlupotało.

Analiza krwi wykazała podwyższony cholesterol (240 a może być 200), cała reszta natomiast wyszła bardziej do rzeczy. Podczas wizyty ucięłyśmy sobie z panią doktor interesującą rozmowę na temat tego,że jednak powinnam zmienić nawyki żywieniowe, bo tak będzie lepiej. Najbardziej dobił mnie fakt, że fatalnie żywię się od samego rana. Otóż od wielu lat, bladym rankiem, popijamy sobie z Jedynym Mężem kawę - parzoną, nie jakieś tam rozpuszczalne cudactwa, ja z mlekiem (a po co - słowa p. doktor), a Jedyny z mlekiem, cukrem i papierosem. Tu z dumą muszę nadmienić ,że nie palę już od 2 lat, 2 miesięcy i 24 dni...chociaż gdybym dała się skusić, to pewnie musieliby mnie z paczką pochować...

Niestety, mój pomysł na kawowe śniadanie jest nie do przyjęcia. Mam eksperymentalnie zjadać śniadanie, maksymalnie najpóźniej 40 minut od wstania z łóżka, potem mogę wypić sobie kawkę (nawet bez mleczka). Tylko jak to zrobić, skoro rano wszystko staje mi w ustach, czasu mało, nie będę wstawać wcześniej tylko po to , żeby usmażyć sobie jajecznicę ! Najlepszym wyjściem mogą okazać się płatki owsiane. Już kiedyś tak robiłam - kawa rano, a do pracy owsianka. A teraz muszę to samo, tylko że na odwrót. Ciekawe ...

- A zupki to ze śmietaną pewnie - spytała pani doktor

- Nigdy, zawsze z mlekiem - stwierdziłam zgodnie z prawdą

- A po co? - zdumiała się doktorowa - przecież jak pani lekko blenderem potraktuje  warzywa to będzie wrażenie  gęstszej i treściwszej

No może i racja, tylko że mieszkam z trzema  rosłymi facetami w domu, którzy najbardziej  ze wszystkich warzyw lubią karkówkę...

- Pani doktor, ja mam mięsny dom! Nic na to nie poradzę

- Ale grillujecie to chociaż troszkę?

- Tak

- A śmietana w domu?

- Tylko chłopcy do gofrów...

- A majonez ?

- No niestety tak...

I tak sobie gawędziłyśmy o jedzeniu, bieganiu, gimnastyce, że aż mi się w środku słabo zrobiło. W drodze do domu (przebytej pieszo, ale nie ma się co podniecać, to raptem kilkaset metrów) postanowiłam zmienić swoje nawyki, nawet to pierońskie śniadanie. Mam za pół roku sprawdzić ponownie cholesterol. Może też będę chudsza i silniejsza.

Póki co zawzięłam się i ćwiczę, od lipca, prawie codziennie. Rano albo wieczorem, jak męska część rodziny nie widzi. Zestaw podstawowy  to 3x 30brzuszków, a do tego cała masa różności na nogi, biodra i pupę, co  tylko udało mi się znaleźć w internecie, A jest tego mnóstwo. Wszystkie te ćwiczenia mają ten mankament, że na efekty trzeba trochę poczekać, te jednak w końcu się objawiają. Ćwiczę tyle, żeby przekroczyć 30 minut  i do tak do całkowitego zmęczenia.

Zobaczymy, co będzie za pół roku.

 

 A Jedyny Mąż wziął sobie na badania cały dzień urlopu, po czym pieklił się , bo potrzebował w sumie około pół godziny. Następnego dnia do domu zadzwoniła pielęgniarka z informacją, że Jedyny ma przyjść na krzywą cukrową, ponieważ wyniki cukru wyszły koszmarne. Okazało się,że Jedyny nie popadł w cukrzycę, tylko zjadł przed badaniami swoje normalne śniadanko, czyli filiżankę parzonęj kawusi z mleczkiem (2%) i cukrem, przemieszanej z papieroskiem.

Badania mus jest powtórzyć. A to się Chłopina ucieszył ...

poniedziałek, 22 lipca 2013

W sobotę, w ramach atrakcji wakacyjnych, wybraliśmy się z moją kuzynką rodzinnie na ryby, ponieważ Dziedzice postanowili zainteresować się wędkarstwem. Przemek kupił sobie nawet wędkę z całym oprzyrządowaniem, Darek, mąż kuzynki miał już dwie wędki, więc dla nieletnich starczyło. A starsi mieli uczyć i asystować, choć po części to my gadałyśmy o bzdurach, a faceci popijali piwko (oto jak kończy się emancypacja kobiet w zakresie prawa jazdy, czyli słodkie oczy i sakramentalne pytanie : ""pojedziesz??"). Ale do rzeczy:

Zbiórkę zarządzono około godziny dziesiątej. Na stawy hodowlane nie było aż tak daleko, jeśli nie liczyć postoju  przeznaczonego na zakup kubków do picia ( bo nikt jakoś nie pomyślał), specyfiku na opuchnięte nogi (bo jakoś Agnieszka tak ma, że jak dotknie ją jakiś robak, to zaraz jej się robią dziwne rzeczy, ale przecież wcale nie jest uczulona). Zarejestrowaliśmy się, usadowiliśmy i się zaczęło.

Podobno łowienie ryb odpręża. Jakoś nie mnie. Po połowie godziny poczułam ,że brakuje mi czegoś bardzo: książki, gazety, szydełka, no nie wiem jeszcze czego, ale ręce to już bym czymś zajęła. Nagadałyśmy się z Agnieszką za wszystkie czasy, a chłopcy jak nic nie złowili, tak nic nie złowili. Co prawda zmniejszali jakiś grunt, rzucali słowami typu "przypon" i szukali dobrego miejsca na złowienie ryby stulecia.

Świat się zatrzymał w momencie, gdy towarzystwo obok nas wyciągnęło wieeelgachnego karpia (powaga, chyba z sześć kilo, w życiu takiego nie widziałam, po prostu mutant). Obfotografowali się z nim, po czym ... wrzucili go do wody. Agnieszka z zazdrością stwierdziła, że moglibyśmy takiego złowić, to można byłoby sprezentować go dziadkowi Czesławowi na imieniny. Dziedzice i Kuzynowi Dziedzice zabrali się więc ochoczo do pracy, tzn. usiedli nad swoimi wędkami z  powagą, a Jedyni Mężowie raczyli się dalej piweczkiem. Około południa, a może pierwszej, karpie kpiąc ze wszystkich wędkarzy wyskakiwały na powierzchnię wody na niewielką chwilkę. Wszyscy patrzyli na to z zazdrością, nikomu ryby nie brały...

Nagle pan łowiący nieco dalej złowił kolejnego wieeeelgachnego karpia. Pomyślałam sobie, że może to ten sam, co poprzednio... I znów ta sama historia: łowienie, podbieranie, wielka radość, oglądanie z każdej strony, zdjęcie i ... zanim facet wyrzucił karpia do wody, Agnieszka pognała do niego w te pędy i zapytała, czy skoro ma nie skorzystać z tego okazu, to może mógłby go nam odstąpić. Pan się zgodził (płacisz za rybkę wynoszoną z łowiska) i po chwili Dziedzice lecieli z rybą, która została odpowiednio zabezpieczona w pułapce.

Łowiliśmy dalej, a czas płynął. Naturalną koleją rzeczy porozbieraliśmy się jak do rosołu już dawno, bo kto wytrzymałby taki skwar, chociaż nad stawem powiewał delikatny wietrzyk i ogólnie było bardzo przyjemnie. Po trzeciej stwierdziliśmy, że  chociaż może zjemy jakąś rybkę z wędziskowej restauracji, ale pani stwierdziła, że niestety nie może nas obsłużyć, ponieważ przygotowują przyjęcie weselne. Trudno. Pożarliśmy lody i dalej łowiliśmy. Nawet  dziewczyny (tzn. ja i Agnieszka) zarzucały wędki. Nic z tego. Ludziom po drugiej stronie stawu też nie szło.

Agnieszka zaczęła zastanawiać się nad losem Waldemara (tak nazwaliśmy karpia, którego nie złowiliśmy, ale innym mieliśmy to wmówić). Według człowieka, który go złowił, karp był zdecydowanie za duży i za tłusty, a poza tym te 6 kilo to nie w kij dmuchał i  jeśli naprawdę taki tłusty, to dla dziadka się nie nadaje i jeszcze mogłaby ta "zdrowa" rybka wpędzić go do grobu. Wszyscy bili się z myślami, co tu zrobić? Chcieli kupić suma, ale nikt go nie złowił (podobno dają się złowić tylko na wątróbkę...)

Kiedy zostały pożarte wszystkie ciastka, banany, lody i pozostała już tylko puszka z kukurydzą dla ryb, a brzuchy zaczęły straszyć, postanowiliśmy wracać do kuzynostwa na pizzę.

Co z Waldemarem? Otóż nadwaga uratowała mu życie. Rybkę obfotografowaliśmy, nacieszyliśmy się nią i ... wpuściliśmy do stawu. Ciekawe, ile razy Waldemar został jeszcze wyłowiony? Może to etatowy rybi niedoszły  samobójca?

Kiedy wróciliśmy na miejsce, okazało się, że w amoku i wędkarskim szaleństwie  potwornie się opaliliśmy. I to kiedy? W zasadzie to każdy miał raczej oparzenie pierwszego stopnia. Czerwoni byliśmy jak raki, ale i tak była z tego kupa śmiechu, a najwięcej z Waldemara.

W domu obłożyłam się maślanką. Nogi mam opalone w sposób patriotyczny : połowa biała, połowa czerwona. Bosko! Jedyny Mąż na klacie mógłby smażyć jajka, a o nosach Dziedziców nie wspomnę. Pomógł dopiero balsam po opalaniu z panthenolem. Oj, przyniósł wszystkim wielką ulgę... A i tak piekło mnie niesamowicie. W gorszej sytuacji znalazł się Jedyny Mąż, na którego wskoczył Borys z zamiarem szalonej galopady z pazurem po męskich plecach. Polała się krew i nie należała ona do zwierzęcia...

A wieczorem zadzwoniła Ula z informacją, że w poniedziałek rwiemy wiśnie.

Cały dzień na słońcu. Będę miała gębę jak włościanka z "Pana Tadeusza", a ręce jakbym nimi tylko przeorała ogródek. Nic to. I tak będzie fajnie!

niedziela, 21 lipca 2013

Dziewięć tygodni naszego kota zobowiązuje.

Dużo się zmieniło od czasu, gdy Borys pojawił się w naszym domu. Największym sukcesem stało się opanowanie relacji koto-psich w naszym domu. Teraz już wygląda to tak, że Dolar całkowicie toleruje malucha, pozwala mu na wspinaczki, podgryzania ogona i nogi. Jeśli kot przekracza jakieś granice, to Dolar najpierw patrzy na nas z żałością, jakby mówił "Zabierzcie go, proszę", a potem przenosi się w inny kąt pokoju. Ostatnio nawet się z Borysem trochę pobawił, potrącał łapą, odciągał zębami ku ogólnej radości obojga. Zatem pewnie będzie dobrze, a potem  kot urośnie na tyle, żeby w razie problemów natury egzystencjalnej uciec na drzewo...

Borys pokochał ogródek i świeże powietrze. Na zewnątrz jest nie do ogarnięcia.

Na pierwszej wyprawie wyglądał jak młody saper, bo wystawiał łapkę najdalej jak się da, delikatnie stawiał ją w trawie i tak oto  zdobywał kolejny centymetr świata, by po chwili bić się z pokrzywą. Spoliczkował ją całkowicie, a potem piszczał...


Drugą wyprawę nazwaliśmy "kangurzą", bo skakał , jakby miał podoczepiane do nóg sprężynki i nabierał takiego tempa, że poważnie zaczęłam myśleć o kocie na sznurku, żeby mu tę wolność ograniczyć nieco. Mam prawie pewność, że zachwyt światem nie pozwoliłby mu wrócić do zwyczajnego domowego życia... Tyle jest ciekawych rzeczy, nieznanych dźwięków...

Ostatnio jednak zostawiłam go w domu i poszłam na dłuższą chwilę do ogrodu. Gdy wróciłam, Borys przyszedł do mnie (jak nigdy), popatrzył na mnie i podniósł prawą łapkę, jakby chciał  powiedzieć "Zobacz, co mi się porobiło". Łapka była dwukrotnie większa niż powinna, ale kot nie płakał przy jej miętoleniu, więc raczej nie była złamana. Nie wiedziałam , czy mam czuć się winna, bo w nocy Borys miał bliskie spotkanie z zamykanymi drzwiami niestety z mojej przyczyny i pomyślałam sobie, że może wtedy doszło do jakiegoś uszkodzenia? Ale przecież rano szalał jak opętany, wszędzie było go pełno...

Skutek kontuzji był taki, że nie potrafił sobie bez tej łapki poradzić ze wspinaczką wysokokrzesłową, przeprawami parapetowymi i przelotami okołofirankowymi. Nie szło to i co chwilę trzeba było ratować go przed upadkiem na podłogę. Żeby chociaż na chwilę przystopował, gdzieżby tam znów?!

 

Wieczorem łapka doszła do siebie, kotu wyłączyły się bateryjki, nic nie było w stanie go obudzić ... może to jednak była pokrzywa?

Tagi: kot
19:19, psorka73
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
Darmowy licznik odwiedzin