Kategorie: Wszystkie | ogród nasz powszedni | życie rodzinne
RSS
wtorek, 07 stycznia 2014

Zmiany, zmiany, zmiany...

Te przemyślane i te i całkiem niespodziewane.

Pierwsza niespodzianka wynikła z tego, że 29 grudnia wieczorem, Jedyny Mąż zapragnął wyprać swoje  Jedyne Normalne I Do Chodzenia Dżinsy (jakby innych nie było), a ja wiedziona  oszczędnością proszku i energii dopakowałam tyle, żeby wyszedł sensownie cały bęben. Po  kilku minutach w pralce coś zaczęło nieprzyjemnie stukać. "O to pewnie moja wsuwka znowu się gdzieś zawieruszyła" - pomyślałam, ale męskie konsylium domowe orzekło po wstępnych oględzinach stan krytyczny łożyska w pralce, w której generalnie łożyska nie ma sensu wymieniać, bo tak sprytnie została skonstruowana i już . Oczywiście sama taka mądra nie byłam, dowiedziałam się tego wszystkiego onegdaj od mechanika, który cały się spocił ,żeby z nowej  wówczas pralki  wyciągnąć metalową fiszbinę.

"O widzi pani, jakie to teraz pralki robią? Tak kombinują, żeby trzeba było kupić nową, bo to się nie da naprawić" - tak wtedy Terezjasz jeden stwierdził i proszę, nie minęły dwa lata , a pralka trup...

Nie wspomnę nawet o tym, że musiałam tę całą zawartość bębna samodzielnie przeprać, wypłukać dwukrotnie, rozwiesić nad wanną, słowem średniowiecze... Zachciało mi się ekonomii życia...

Jedyny Mąż przeorał Internet w poszukiwaniu ratunku dla naszej praleczki, ale bezskutecznie. Trzeba było nową kupić...

W sylwester rano dostałam telefon , że zakup został poczyniony, dojazd sprzętu na miejsce opłacony, będę miała w czym prać  jeszcze w starym roku - słowem "będzie pani zadowolona"

Pan przyjechał około południa. Razem jakoś wytachaliśmy sprzęt z samochodu ( do domu miał to po schodach zatargać  Mąż i jego kuzyn).

"Blokady zdjęte, można wnosić, montować i prać" - rzucił  zadowolony kierowca, pożyczyliśmy sobie szczęśliwego Nowego Roku i poleciałam robić swoje.

Postanowiłam jednak zadzwonić do Jedynego i oznajmić mu radosną nowinę:

- Śliczna praleczka, pan stwierdził, że blokady już zdjęte, można wnosić i prać!

- Jakie zdjęte - zirytował się Najdroższy - przecież im mówiłem, żeby nie zdejmowali!! Papireny sprawdziłaś?

- Chodzi Ci o pokazanie rachunku?

- Nie o gwarancję i książkę obsługi mi chodzi!!

"O Matko Przenajświętsza! Zapomniałam! Miałam tylko nadzieję, że może leżą gdzieś w środku, a jak nie, to trzeba będzie się do sklepu pofatygować"

- No trudno, jakoś damy radę - stwierdził na uspokojenie Jedyny

Minęły dwie godziny i zadzwonił telefon:

- Dzwonił przed chwilą kierowca od pralki i będzie za jakieś dwadzieścia minut! - oznajmił ucieszony Jedyny - pomylił pralki!

- No ładnie, to chociaż go zapytam o gwarancję - trochę się zmartwiłam, bo nikomu nie życzyłabym takiego rozwożenia towaru, a już na pewno nie w sylwestra. Zaraz też nasmarowałam sobie na ręce długopisem "GWARANCJA", żeby absolutnie nie zapomnieć...

Pan przyjechał, a jakże. Zaczął się biedny tłumaczyć, że nasza powinna być pełnowymiarowa, że ten drugi klient się zorientował, i że on bardzo przeprasza, ale jakbyśmy tak tę pralkę z powrotem włożyli do samochodu , to byłoby bardzo dobrze, itd.

- No a moją pralkę, gdzie pan ma? - zapytałam ciekawie, bo z samochodu wiało pustką

-Za dwadzieścia minut będę u pani  z praleczką, 15 kilometrów i jestem z powrotem...

Pojechał. Trochę późno spojrzałam na rękę i hasło "GWARANCJA". No jak się okazało, że tamci właściciele odłożyli dokumenty na bok i zapomną je oddać, to facet albo mnie, albo sobie odgryzie tętnicę szyjną.

Wrócił. Zdjęłam kolejną pralkę z samochodu, na całe szczęście dokumenty były, a i nawet pozakładane blokady, tyle że zabrakło obudowy styropianowej, została u poprzedniego klienta.

- Wie pani co, to może wniesiemy tę pralkę chociaż do domu, bo robi się chłodno, a to jest elektronika, to wie pani...

- Nie, nie, wie pan, mąż zaraz przyjedzie z pracy, jest umówiony z kolegą , to wniosą - uspokajałam kierowcę - jeszcze raz bardzo panu dziękuję.

- Ona teraz to musi postać tak z dzień, tam są takie delikatne układy- stwierdził - dzisiaj to niech jej pani nie włącza...

- Dobrze, dziękuję i do widzenia...

Pojechał, a ja miałam niejasne uczucie, że mógł sobie pomyśleć, że ja teraz sama tę pralkę do środka wniosę, że pewnie nie ma żadnego męża, czy co ??

Zadzwoniłam do Jedynego Męża, że wszystko w porządku, bo przecież teraz o GWARANCJĘ już zapytałam. Dostałam polecenie służbowe okrycia  nowego nabytku kocem i kołdrą, po czym mogłam spokojnie myśleć o innych rzeczach, jak choćby o świętowaniu sylwestra.

Pralka ruszyła z kopyta  w pierwszy dzień nowego roku. Piękna. Pierze jak marzenie. Jeszcze nie sprawdzaliśmy, czy w razie czego łożysko jest niewymienialne, ale pewnie nie jest... GOSPODARKA taka...


Tagi: dom
19:41, psorka73
Link Dodaj komentarz »
piątek, 27 grudnia 2013

Od wielu lat  jeździmy na Wigilię  do moich rodziców. I od tych wielu lat powtarza się ta sama sytuacja: jak patrzę na te wszystkie potrawy, to momentalnie odechciewa mi się jeść, ale następnego dnia z chęcią zjadłabym sobie taką małą rybkę.

Postanowiliśmy kupić karpie do domu. Padło na mnie. W markecie mieli całkiem dobrą cenę na żywe karpie. Przemknęło mi przez głowę, że może powinnam mieć jakieś wiadereczko, ale jakoś tak wszyscy kupowali, a nikt z wiaderkami nie biegał. Kolejka nie była wielka, wszystkie zakupy już zrobiłam, więc tylko rybki i do domu...

Te pływające w basenie były naprawdę urocze. Aż mi się ich szkoda zrobiło. Może by tak ich nie kupować?Ale jeśli ja nie kupię , to zrobi to ktoś inny. Poprosiłam o  dwie, uzyskawszy najpierw zapewnienie ze strony Jedynego Męża, że je ukatrupi, bo jakoś bym nie potrafiła. Każdy karp powędrował do osobnej specjalnej torby - niby- bo co może torba poradzić na brak wody? Jeden karpik prawie mi uciekł z koszyka - czyste ADHD...

W domu Dziedzice chcieli szykować wannę dla skazańców, ale postanowiliśmy szybko, że   skończymy te rybie męki. Stwierdziłam też , że za rok nie będę na to patrzeć  i kupię sprawione rybki.

Katem był Jedyny Mąż , a ja skrobaczem i oprawcą ostatecznym. Łzy były nie na miejscu, więc jakoś się powstrzymałam,  chociaż nazywanie  jedzenia Józkiem i Frankiem wcale nie ułatwiało nam zadania.

Ludzka hipokryzja? Otóż mimo całej sympatii dla pięknie wyglądających karpików, nadania im imion, jednego zamroziliśmy do Wigilii, a drugiego pożarliśmy na kolację. Był niezły.

Zastanawialiśmy się tylko nad tym , jak pozbyć się lekkiego zapachu szlamu. Sposób mojego kolegi Włodzimierza nie wchodził w grę, bo na moczenie ryby w kwaśnym mleku nie mieliśmy ani czasu ani cierpliwości. Ostatecznie nie woniały aż tak tragicznie. Smak samego karpia przeważył.

Nie zapomnę jednak jednego zdarzenia w moim rodzinnym domu. Przed świętami karpie wynoszono z wanny w wielgachnym garze (parniku) na balkon - mieszkaliśmy w bloku. I one sobie tam spokojnie pływały, a wszyscy krzątali się wokół świąt. W którymś momencie wyszłam na balkon, żeby zebrać pranie i wtedy oniemiałam. Między brzegiem podłogi balkonowej a  bocznej płyty, tam gdzie zwyczajowo znajdowała się szczelina,  zobaczyłam  trzy rybie głowy...Skołowaciałam... Jeśli tata ubił karpie, to dlaczego zostawił tutaj głowy? o co chodziło? Spojrzałam z bliska i nagle  jeden pysk się poruszył !! i wtedy do mnie dotarło: karpie wyskoczyły z parnika i były na dobrej drodze do wolności (lot z wysokiego I piętra na trawnik) ale zaczepiły się skrzelami o brzegi  szczeliny... Szybko uratowaliśmy biedaków, chociaż to i tak nie odmieniło ich ostatecznego losu.

Postanawiam: w przyszłym roku żadnego zabijania - tak jak w reklamie społecznej - nie będę katem we własnym domu (no chyba, że chodzi o Dziedziców i ich stosunek do obowiązków szkolnych)

sobota, 21 grudnia 2013

Ostatni  przedświąteczny tydzień szkoły Dziedziców upłynął pod znakiem Wigilii i zaliczenia z zajęć technicznych.  Klasa robiła dwa w jednym: każdy miał przynieść coś na Wigilię, a przy okazji zdobyć ocenę z zajęć kulinarnych. Niby nieźle pomyślane... ale prawie dostałam zawału...

Najpierw przynieśli do domu wiadomość, że coś trzeba byłoby zrobić. Uradziliśmy, że może by tak makiełki i kapustę z grochem, bo to w sumie łatwe i na ich początkujące w kuchni umiejętności w sam raz.  Zrobiłam zakupy. Po dwóch dniach przynieśli do domu wieść, że te potrawy zostały  zarezerwowane przez kogoś innego i muszą zrobić , sami nie wiedzą co. Dostali do ręki cały mój arsenał przepisów wigilijnych. Doszli do wniosku, że może sałatki śledziowe. Znaleźliśmy ciekawą w książce kucharskiej Okrasy i Pascala. Poszli, kupili śledzie. Jeden miał zrobić sałatkę  z pieczonymi buraczkami, a drugi miał zanieść śledzie dla prawdziwych twardzieli , czyli śledzie w oleju z cebulką, czosnkiem i ostrymi papryczkami (radosna improwizacja).

Następnego dnia zgodnie orzekli, że śledzi to pewnie nikt nie będzie jadł. Przemek wrócił do pierwszego pomysłu czyli kapusty z grochem wzbogaconej pieczarkami (bo prawdziwych jako żywo nikt w  domu nie znosi. w sumie to przeze mnie), a Witek stwierdził , że zwolniła się ryba po grecku, więc on już się na nią zapisał. Zrobiliśmy zakupy na rybkę, na kapustkę już przecież mieliśmy wszystko oprócz pieczarek.

W środę wieczorem olśniło mnie, żeby namoczyć fasolę.

Jadąc z pracy w czwartek, olśniło mnie, że nie wyciągnęłam filetów z zamrażalnika. Koleżanka poradziła mi alternatywne wykorzystanie suszarki do włosów. Popatrzyłam na nią  dziwnie, ale niczego nie wykluczyłam, bo rybka musiała być zrobiona na piątek rano.

Gotując obiad, wstawiliśmy  fasolę oraz kwaszoną kapustę, Witek obierał warzywa do swojej greckiej, Przemek ziemniaki do obiadu i jakoś szło, tylko te  rybki jakoś niemrawo dochodziły do siebie.

Nagle Przemkowi przypomniało się, że zapisał się jeszcze na przyniesienie opłatka. Józefie  Święty!! W domu opłatka ani grama, do księdza proboszcza jechać nie bardzo miałam czas, Co robić? Zadzwoniliśmy do Najlepszego Męża, który jeszcze był w pracy i miał większe możliwości. Dziedzic sam załatwiał sprawę.

Mąż postawił pół swojej pracy na nogi i głowy, żeby wykombinować, skąd ten opłatek. W końcu mu się udało.

O szóstej musiałam jechać na opłatek z zakładu pracy. Kiedy wróciłam była prawie dziesiąta.

O tej porze Towarzystwo generalnie wyniosło się do swojego pokoju, zostawili mi tylko pokrojoną cebulę i pieczarki. Przygotowanie dań poszło w zasadzie szybko i sprawnie. Około dwunastej w nocy obżerałam się kapustą z grochem i warzywkami do greckiej, czyli "bigosem" , bo tak to zostało ochrzczone u nas w domu.

Potem jeszcze prasowanie koszul na  Wigilię, prysznic i chwila spokoju.

Kapusta w klasie szału nie zrobiła, za to ryba po grecku rozeszła się natychmiast i musiałam podawać przepis, chociaż to synek miał wszystko zrobić.

Tak sobie myślę, że Dziedzice muszą pójść do garów. Ostatecznie najlepsi faceci to podobno kucharze, przepraszam odwrotnie, najlepsi kucharze to podobno faceci...

Bilans: mam zadowolonych Dziedziców (zaliczyli zajęcia) i cały gar kapusty z grochem i grzybkami ( pyszny), ale na Wigilię do rodziców tego nie zabiorę, bo Tatuś mój rodzony nie ma zdrowia do pieczarek...

 


piątek, 20 grudnia 2013

Dzisiaj oglądałam jasełka, w których  cała fabuła opierała się na tym , jak to u wrót Nieba, przed świętym Piotrem stanęła cała kolejka ludzi przygotowanych na życie po śmierci. Wszyscy jednak znaleźli się poczekalni, ponieważ nikt, według Księgi Życia, nie zasłużył na Niebo: ani siostra zakonna, która nie dość gorliwie okazywała ludziom swoją dobroć, ani matka wielu dzieci, która ,co prawda, wiele dla nich robiła, ale nie dawała im duchowego wsparcia, ani też ojciec, który zarabiając na cała rodzinę zapomniał, że dzieci się nie tylko utrzymuje, lecz również kocha. Do nieba nie weszła również nauczycielka z wieloma fakultetami, dyplomowaniem - słowem przeszkolona  w każdym calu, która zajęła się karierą zawodową kosztem swojej rodziny... Bram niebieskich nie przekroczył nawet ksiądz, który dobry dla innych, nie dość gorliwie modlił się do Boga. Nie udało się również to właścicielce przedsiębiorstwa, słynącej z filantropii - kazała wszak innym pracować w niedziele i święta, a oferowana przez nią łapówka tylko rozsierdziła świętego Piotra... Wychodzi na to, że czego by człowiek w życiu nie robił, to i tak z czymś nie zdąży... Chcesz być dobry w pracy- cierpi  rodzina, bo przecież ciągle cię nie ma, chcesz być perfekcyjną panią domu, to być może nie masz już czasu na męża i przyjaciół. Jak by nie robić, to i tak będzie źle. To tak jak z wieloma ludźmi. Robią coś w dobrej wierze, a później wszystko obraca się przeciwko nim. Chwała Bogu, że wymyślił przyjaciół, przy których człowiek może spuścić  z siebie powietrze, dobrze, że po pracy wracasz do domu i możesz zająć się czymś całkiem innym, dobrze, że istnieje praca, w której możesz zasłonić się parawanem obowiązków i nie myśleć o tym, dlaczego pokłóciłaś się z mężem... Nie ma ludzi idealnych. Żebyś nie wiem jak delikatnie chodził, zawsze nadepniesz komuś na odcisk i nieszczęście gotowe.

Takie "odciski" były ostatnio specjalnością mojego życia. Działo się tyle niedobrego i mam nadzieję, że Boże Narodzenie to wszystko naprawi. Wszyscy nabierzemy  dystansu, o pewnych rzeczach może taktownie zapomnimy. Nie będzie na to wszystko, tak jak w przedstawieniu, drugiej szansy Wszystkie jasełkowe postaci wróciły na ziemię, by naprawić swoje błędy... Ale czy to jest możliwe, by pamiętać ciągle , przez całe życie o wszystkim? Nie popełniać ludzkich błędów wynikającym ze złości, rozpaczy lub wstydu?

piękno ipasje

                                           (zdjęcie ze strony pięknoipasje)

21:08, psorka73
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 sierpnia 2013

Najpierw masz szesnaście tysięcy kompleksów: że sylwetka nie taka, że Baśka ma śliczne długie włosy, a twoje mama nakazuje obcinać na krótko od niepamiętnych czasów, że Magda ma swojego pierwszego chłopaka, drugiego , trzeciego, a ty nic... że wszyscy wokół są fajniejsi od ciebie... Dobrze  się uczysz?  A co w tym wspaniałego? Na własne życzenie pozbawiasz się życia towarzyskiego. Ale jak tego nie robić, skoro prawie każdy przechodzący obok ciebie chłopak wywołuje ścisk w gardle lub napad wewnętrznej paniki?

Potem jesteś Tą jedyną dla Tego jedynego. I jest dobrze, chociaż gdzieś w środku zaczynasz się zastanawiać nad tym, czy dobrze robisz oddając w Jego ręce całe swoje życie. Nawet może rezygnujesz z dobrze zapowiadającej się kariery zawodowej/ naukowej/ finansowej by stworzyć dom i rodzinę, bo tak cię nauczono.

Jeszcze później ciągniesz ten dom tak zawzięcie, że zapominasz o sobie. O tym , że nie jesteś maszyną do przewijania, prania , sprzątania i gotowania. Padasz na nos, gdy Twojemu Jedynemu zachciewa się figli. A kiedy Jedyny wraca coraz później do domu i powarkuje na ciebie, to jeszcze nic ci nie kiełkuje w głowie, bo sądzisz, że kocha cię przecie tak samo, jak ty jego.

A potem przeżywasz niejedno. Jak już się ockniesz i to w dobrym tego słowa znaczeniu, tj.  przypomnisz sobie kim jesteś naprawdę, że twoja wartość tkwi w tobie samej, dzieci stają się nastolatkami.

Przestajesz być dziewczyną, stajesz się kobietą. Już nikt nie potraktuje cię lekceważąco w urzędzie, mówią ci grzecznie dzień dobry. Tylko ... kiedy  nabyłaś się dziewczyną? Kiedy miał miejsce czas na niewinne flirtowanie, żarciki, świadomość własnej dziewczęcości i  kobiecego piękna,  tych iskierek zainteresowania  ze strony płci  przeciwnej?

W momencie gdy potrafisz się już uporać  z lękiem przed mężczyznami, nie peszą cię ich spojrzenia i stają się dowodem na to, że jesteś godna zainteresowania,  dociera do ciebie, że zainteresowania innych nie musisz interpretować w sobie  jako pierwszych kroków do zdrady małżeńskiej, okazuje się, że pewne rzeczy i zachowania już nie przystoją. Możesz  być co najwyżej śmieszna... A nie ma nic gorszego i bardziej żałosnego chyba niż kobieta dojrzała próbująca zatrzymać w sobie nastolatkę i ubierająca się bardziej wyzywająco od swojej dorastającej córki.

Jak zatrzymać młodość? Już nie chodzi o wygląd, bo tu akurat kobiety w tym wieku mają wiele możliwości. W końcu stać je na kupienie droższego ubrania, pójście do fryzjera wtedy, gdy im na to fantazja pozwala, czy regularne ćwiczenia fitness. Pod tym względem są niezależne. Moja kochana koleżanka zastanawiała się kiedyś, kto reguluje rynek ubraniowy. Według niej  działania w tej branży są nielogiczne. Większość sklepów proponuje ubrania dla  osób z figurami dwudziestolatek, gdy tymczasem  zasobniejszym portfelem dysponują jednak kobiety nieco starsze , ale i często nieco tęższe. Dla nich pozostaje raptem kilka sklepów "dla puszystych".  To nie jest logiczne i nigdy nie będzie...

Jak zatrzymać młodość w duszy? Jak nie poddać się myśli, że coś bezpowrotnie ucieka i już tego nie doświadczę... A może trzeba po prostu  żyć tym, co nam zaoferowano, a tamto, no trudno? Moja mama mimo 63 lat powtarza , że w środku ma 28 i koniec . Nie  szaleje, nie ma problemu z tym, że jej wnuki mają już 15 lat. Po  prostu żyje. Co pozostawiła za sobą. tego się nie dowiem... Co ja jeszcze pozostawię w życiu  nietknięte?

Zaczynam chyba rozumieć facetów w kryzysie wieku średniego. Też pewnie chcieliby coś zatrzymać...

Przeżywam kryzys wieku damsko - męski?

Tylko po co na to tracić czas?

I to jest właśnie niesprawiedliwe !

15:17, psorka73
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Darmowy licznik odwiedzin